Spacer

Parę dni temu był Dzień Walki z Depresją. Dla mnie ten dzień trwa i trwa… staram się świętować/walczyć codziennie. Chyba jest lepiej- zobaczymy w maju…A potem w listopadzie… mam chyba taką sezonową przypadłość. O ile listopad jestem sobie w stanie wytłumaczyć, to z majem mam gorzej.

Niestety nie wiem skąd mam to zdjęcie. Zrobiłam w listopadzie 2018 roku…

„Bo jutro może wyglądać zupełnie inaczej”- o tym zdołałam się przekonać i muszę o tym pamiętać.

Pamiętam, że osiągnięciem było dla mnie wyjście z domu. Kilometr pokonany pieszo wywoływał już uśmiech na twarzy. Pomógł mi w tym krokomierz…to on za mnie liczył, notował w pamięci i mobilizował do dalszych kroków. Potem pojawiła się obecność mężczyzny, który dzielnie trwał przy mnie każdego dnia i zaznaczał swoją obecność w szumie wody wiosną,  szumie fontann latem, szumie topól jesienią, by zimą cieszyć się ze skrzypiącego śniegu pod butami lub móc narzekać na siarczysty mróz, który mrozi dłonie. Obecność- to tak wiele i tak niewiele…

Dziś 72 minuty aktywności, 7 kilometrów i prawie 9 tysięcy kroków to dla mnie zwykły spacer. Czas, w którym potrafię oderwać się od myśli i poddać temu, co widzę i słyszę. Dostrzegać, doceniać i dawać się ponieść zasłyszanym dźwiękom.

Znowu mam ochotę na poznawanie, odkrywanie, tworzenie i dzielenie się z innymi. Jakie to szczęście móc się znowu cieszyć z rzeczy małych! Mam nadzieję, że będzie stabilnie. Bo choroba wkracza szybko i niezauważalne, a odpuścić nie chce i na każdym kroku grozi palcem…

Na gimnastykę słowiańską trafiłam przypadkiem. Nie wierzę w te cuda, ale ku mojemu zdziwieniu odkryłam, że uczy mnie ona sztuki wewnętrznego spokoju i wdzięczności za to, co mam. Dostarcza przy tym odrobiny zabawy, kiedy na przykład zdaję sobie sprawę, że mój wewnętrzny mężczyzna ma się lepiej od mojej wewnętrznej kobiety. Lub kiedy łączenie się z rodem przodków sprawia, że z całych sił próbuję im pokazać, że dam radę. Odkrywam w tym też odrobinę zdrowego szaleństwa, przez moment przynależę do kręgu kobiet.

Choć to ostatnie jest kwestią dyskusyjną. Bardziej może chcę poznać moc i zasadę działania kręgu. Ale wolałabym chyba być w kręgu męskim.

” Bo ja chyba mam w sobie za mało kobiecości” – taka myśl wpadła mi podczas odsłuchiwania jednego z opowiadań Olgi Tokarczuk w książce „Dom dzienny,dom nocny” – „ja nie potrafiłabym nawet o kobietach pisać”.

W tym momencie minęła mnie na ścieżce przepiękna kobieta. Gdybym mogła- zrobiłabym jej zdjęcie. Niewysoka, szczupła, ubrana w niebieskie jeansy i czarną kurtkę. Miała dłuższe, falowane i całkiem siwe włosy spięte z tyłu. Rozświetlały ją tak, jak jej żółte, wełniane rękawiczki. Miała piękne oczy. Przyciągnęła moją uwagę na tyle, że postanowiłam się odwrócić, by móc jeszcze przez chwilę spojrzeć jak się porusza. Wydawała się być niewiele ode mnie starsza… była taka kobieca…

Dwa życia…

Ale wracając do obecności i wsparcia- w filmie „Król życia” o ile się nie mylę, w klubie AA był pokazany taki męski krąg…bawili się w Indian…? Nie bardzo już pamiętam… Pomijając męskie zabawy głupie, groźne i sprzeczne z prawem, myślę, że mają więcej luzu i fantazji. I tu posłużę się podesłanym linkiem zespołu muzycznego. Mogłabym być jednym z tych facetów przez godzinę, a potem znowu mogłabym wrócić do swojego życia.

Pomosty nad jeziorem

Wybrałam się dziś na spacer utratą ścieżką. Chciałam sfotografować wszystkie pomosty wychodzące z brzegu jeziora w jego głąb, ale jest to chyba niewykonalne.

Pomost nr 145

Pomosty położone są często dużo niżej od ścieżki okalającej jezioro, więc poćwiczyłam dziś wchodzenie i schodzenie.

Schody z posesji nad jezioro

Początkowo było zimno i pochmurno, potem zrobiło się ciepło i słonecznie. Ptaki spały na tafli zmrożonego jeszcze jeziora lub wygrzewały się na słońcu.

Łyska

Nagrywając film zauważyłam, że niektóre łabędzie padły łupem drapieżnieżnika. Dostrzegłam siedem sztuk… to strasznie przykry obraz.

Łabędzie

Przy zachmurzonym niebie w oczy biła zieleń mchu i kwiatostanów drzew.

Nad brzegiem jeziora dostrzegłam ławkę porośniętą muszlami- pewnie przez jakiś czas leżała zapomniana na jego dnie. Wyglądała, jak sklepik z pamiątkami na przystani. Tylna strona ławki była całkowicie nimi oblepiona.

W moim ogrodzie też zaczął się ruch.

Prymulka

Jeszcze pod śniegiem rozkwitła prymulka, kwitną przebiśniegi, śnieżyce i zazieleniają grunt wybijające się liście tulipanów.

Tulipany

Dla chętnych- kolekcja pomostów do obejrzenia. Ja za każdym razem nie mogę się na nie napatrzeć… wiele z nich jest już bardzo stara, powstają nowe, ale nie są już tak atrakcyjne. Poza tym to własność prywatna i czasem żałuję, że nie mogę sobie z nich na chwilę skorzystać…

Blogi

Pierwszy blog, jaki sobie stworzyłam miał podtytuł „o mężach swoich i cudzych”. Było to baaaardzo dawno temu. Blog nie zawierał treści dla osób 18plus, ale cieszył się dużą popularnością. Kończąc zabawę-wygumkowałam go w sieci.

Na bloxie pisałam chyba w większości o pracy, tj bojach prowadzonych z Wysoko Postawionym, o KK, z którym mieszkałam i o Tym, który Odszedł 😍…

A przez ostatnie dwa lata o czym? Wygląda na to, że o hotelach…

Tu się pochwalę- w odpływie hotelowej umywalki znalazłam trzy nakrętki od pasty do zębów- dwie białe, jedna niebieska ☺

Dwa lata publikacji, a żadna sieć luksusowych hoteli nie zaproponowała mi pobytu u siebie i skorzystania z ich usług w zamian za reklamę… nawet stanowiska kontrolera jakości mi nie zaoferowano. Nawet nie przysłano mi pudełeczka hotelowych czekoladek, zestawu mini kosmetyków, ani hotelowych pozdrowień na firmowym papierze….

Mało tego- nie doczekałam się poniedziałku, od którego będzie normalnie…

O czym więc pisać w kolejnym roku istnienia na WordPress? Chyba nadal będzie nienormalne. ..

A skoro nie jest normalnie, to uraczę Was widokiem i dźwiękami zza hotelowego okna. Tak witają mnie poranki 🙂 wiec jak tu o tym nie pisać?

a ja tęsknię

Tęsknię za normalnością…

Podobno mężczyzna chciał wjechać samochodem do sklepu. Podobno to człowiek na stanowisku i podobno dobry z niego mężczyzna. Pokłócił się z żoną i miał we krwi zbyt dużo alkoholu. Albo chciał kupić tego alkoholu więcej, albo chciał kupić kwiaty. Media milczą.

Podobno panią z hotelowej recepcji mąż by zabił, gdyby uszkodziła ich wspólny samochód. Udało jej się nie uszkodzić, więc nie wiemy, jak byłoby naprawdę.

Podobno Wysoko Postawiony się uspokoił – nic bardziej mylnego. Dziś jego krzyk przerwałam swoim, bo chciałam mu pokazać, że też mam głos. A teraz znowu mamy ciche dni…

Podobno Najwyższy uważa, że bojkotuję ukończenie sprawozdania finansowego, bo podobno tak słyszał. Na moje maile nikt jednak nie odpowiada…

69

69 to nr pokoju, w którym – jak się przekonałam -jest ciepła woda… jest też podwójne łóżko, ale materac na nim jest zbyt miękki. Nie ma przestrzeni, co rzuca się w oczy zwłaszcza wtedy, gdy otwiera się drzwi do łazienki i stara się nimi nie uszkodzić szafy… Trzeba przyjąć do wiadomości, że to lustro łazienkowe zniekształca obraz w okolicach bioder i nieznacznie je poszerza…

Ale jest ciepło i cicho…nawet, jeśli się chce spać przy otwartym oknie- prawie nie słychać odgłosów miasta…

A rano obudzą mnie przelatujące ptaki, a potem firmowa kawa…

pokój nr 20

W pokoju nr 20 jeszcze mnie nie było. Zostałam uprzedzona o awarii, która miała miejsce, ale została usunięta. Weszłam, sprawdziłam – w kranie leciała czysta, ciepła woda – tak, jak być powinno. Za ścianą mężczyzna słuchał dziwnej muzyki. Chrząkał od czasu do czasu, jakby chciał zaznaczyć chrząkaniem swoją obecność.

Położyłam się na łóżku i zerknęłam w telefon. W skrzynce mailowej czekała nieodebrana wiadomość.

Po przeczytaniu wszystko się zmieniło. W pokoju nr 20, w świetle większej połówki księżyca zostałam wprowadzona w historię miłosną Adama i Sary. I to jak! Totalnie magicznie! Mężczyzna, którego nie znam, a który trafił do mnie poprzez formularz kontaktowy zamieszczony na blogu, postanowił zrobić mi prezent. Natknęło go do tego umieszczenie przeze mnie utworu „Wymyśliłem Ciebie” zespołu Dżamble jakiś czas temu (tu dla odmiany przekieruję do Markowskiego). Historia napisana i wzbogacona linkami do kolejno ułożonych utworów, które Adam Kawa pisał do swojej Sary. Jak mnie ta opowieść poniosła w marzeniach! Coś fantastycznego! W dodatku w załączniku odnalazłam rękopis z tekstem „Wymyśliłem Ciebie” podpisany przez p.Kawę.

Tak ładnie i subtelnie Pani napisała: ” Bo taka miłość pojawia się nagle, od wymyślenia, od marzeń, ciepłych dłoni,czułych słów, nagłego szczęścia, gwiazd.. Piękna miłość, niespieszna, płochliwa i delikatna…” Adam by się uśmiechnął.
Jestem Mu przyjacielem.
” – wybrzmiał fragment listu…

Uwielbiam takie niespodzianki…

A rano okazało się, że woda w kranie leci czysta, ale tylko zimna. Mężczyzna w pokoju obok słucha muzyki w słuchawkach, ale śpiewa na głos. Za to na śniadanie zaserwowano sernik w połączeniu z makowym spodem, a podczas porannej kawy pitej w biurze do skrzynki wpadło jeszcze parę sonetów autorstwa Adama Kawy…

tekst Adam Kawa

Na barykady

Pani Salmiakowa powiedziała „dość” niesubordynacji Pana Salmiaka i postanowiła dłużej tego nie tolerować. Bo ileż można? Do dzieci Pani Salmiakowa mówi trzy razy i dzieci (choć to młodzi mężczyźni) już wiedzą, że czwartego razu nie będzie. Pan Salmiak im starszy, tym bardziej oporny i nierozumny.

„Basta!” – krzyknęła Pani Salmiakowa w duchu, a do Pana Salmiaka na spokojnie powiedziała, co i dlaczego jej się nie podoba. Następnego dnia jednak sytuacja się powtórzyła. Pani Salmiakowa zafrasowała się, przyłożyła głowę do poduszki i zerkała na chmurki za oknem. Po jakimś czasie zerwała się, oznajmiła synkom, że teraz będzie robić porządki i dlaczego, i zabrała się za pracę porządkowanie spraw osobistych.

Szybko i zdecydowanie spakowała Pani Salmiakowa do walizki kolejno: telefon, ładowarkę, słuchawki, torbę służbową, garnitur, dwie pary skarpetek, koszul i slip męskich, szczoteczkę, golarkę – i wystawiła Pani Salmiakowa walizkę za drzwi, wystawiła buty osobno, a drzwi na klucz przekręciła dwa razy.

Pan Salmiak, choć uprzedzony i mógł się spodziewać reakcji drastycznej – wrócił do domu zadowolony i bez obaw.

-Kotku, wpuść mnie kochanie! – zawołał i delikatnie zapukał w drzwi, zadzwonił nawet, ale zorientował się, że dzwonek do drzwi został celowo wyciszony.

-No nie rób scen, masz mnie wpuścić!- brzmiał komunikat po 30 minutach stania pod drzwiami, a po godzinie Pan Salmiak wysłał SMS, że jedzie po siły zbrojne i pojechał. Po jakimś czasie wrócił i stał dalej pod drzwiami, bo siły zbrojne miały przyjechać osobnym transportem.

Pani Salmiakowa odebrała telefon: ” Dzień dobry Pani Jasiu, tu Dzielnicowy Pani Dzielnicy”

-Nie Pani Jasiu, tylko Kasiu! – odpowiedziała Pani Salmiakowa.

-Tak, Pani Jasiu – nie dawał za wygraną Pan Dzielnicowy prowadząc monolog.

Panią Salmiakową to wstrząsnęło, bo miała już rzęsy umalowane, a kontakt okazał się jedynie telefoniczny. Na dodatek Pan Dzielnicowy stale przekręcał jej imię, więc Pani Salmiakowa jeszcze groźniejszym głosem dodała „Jak ma Pan w zgłoszeniu? Jasia, czy Kasia?” I już miała Pani Salmiakowa tupnąć nogą, kiedy usłyszała:

-Bo Pan Salmiak zeznał, ze się Pani z a b a r y k a d o w a ł a – i tu Pan Dzielnicowy usłyszał gromki i nie kończący się śmiech Pani Salmiakowej.

-Zabarykadowała? – nadal śmiała się Pani Salmiakowa – A powiedział Pan Salmiak ile ma już lat? To, jak Pan widział duży chłopiec, a nie potrafi rozwiązać własnych problemów.

I ponieważ Pani Salmiakowa została poprzez śmiech rozbrojona, a słyszała, że Pan Dzielnicowy ma obawy i jest zestresowany – obiecała Pani Salmiakowa wpuścić Pana Salmiaka do środka.

Tak się tylko potem Pani Salmiakowa zastanawiała nad męskim światem – bo Pan Dzielnicowy nie podrzucił Pana Salmiaka do kwiaciarni (nie mówię już o jubilerze). Nie zapytał też Pani Salmiakowej, czy się Pani Salmiakowa zabarykadowała i uzbroiła, czy może dostarczyć amunicję lub posiłki. Nie przyjechał, nie sprawdził, bo wiadomo – lepiej z babą nie zadzierać…

I tym sposobem Pan Salmiak spędził noc w domu, a Pani Salmiakowa trafiła do akt.

Ale powiem Wam w sekrecie, że niczego Pan Salmiak się nie nauczył….

dopiero teraz

Dopiero teraz odkryłam Leniwe. Sama się sobie dziwię, dlaczego tak późno. Mało tego! Dopiero teraz moja mama podała je na obiad, po tym, jak jej opowiedziałam, że się nie narobi 🙂 Tak późno odkryłam skąd ta nazwa :))) Zamieściłabym zdjęcie swoich klusek, ale zagadał mnie StarszyWajchowy…więc posłużyłam się zdjęciem z kwestii smaku. Jak to możliwe, że nie przekonała mnie do nich moja babcia, która takie kluski robiła? Mój młodszy syn, gdyby wiedział, że są one z twarogu-na pewno by ich nie tknął. Niewiedza sprawia, że zjada pełną michę! Ale obowiązkowo muszą być z bułką tartą 🙂 A bułka tarta na masełku 🙂

kwestiasmaku.pl

A w szkole? Był test z fizyki, z angielskiego i z pisowni „ż”,”rz”. Na plastyce pani mówiła, że nie chce, by rodzice robili prace za dzieci, a ja powiedziałam do małego, że szkoda, że nie ma nic zadane, bo uwielbiam plastykę i technikę i bym coś sobie porobiła. Mały włączył mikrofon i nawiązał z panią rozmowę:

-A może pani coś wyśle do zrobienia dla mojej mamy, bo ona uwielbia plastykę i technikę i by sobie coś porobiła.

-Dla mamy? (konsternacja w głosie, potem śmiech). Może sobie mama coś sama znajdzie w internecie?

-Dobrze – odpowiedział syn – a ma odesłać pracę do pani, jak zrobi?

Bo każda praca wykonana przez dzieci ma mieć dokumentację zdjęciową, którą przesyła się na maila do pani.

Pani wybuchła śmiechem. A ja nie muszę niczego odsyłać 🙂 Ale synka mam kochanego, prawda?

Przerwa na reklamę

Czy naprawdę tak trudno jest stworzyć spot reklamowy?

Samochod- lepszy model to lepsza stylizacja, szybsza jazda po pustym miescie, podczas ktorej kierowca zyskuje na atrakcyjności. Parkują przed nowoczesną stodołą, w salonie dzieci z tabletami i pojawia się komunikat „zakochaj się na nowo” .

To chyba twórczość z home office.

Pokój nr 9

– I jak pokój? Może być?-zapytał.

-Tak, jest chyba ok- odpowiedziała Pani Salmiakowa zasłaniając okno roletą – To znaczy było, bo teraz trzymam roletę w ręku… To się liczy, czy nie?

-No tak, jak Panią Salmiakową lokują co i rusz w innych pokojach, to nic dziwnego, że hotel popada w ruinę…

* * *

A dziś rano obudził Panią Salmiakową włącznik lampki zawieszonej nad łóżkiem w sąsiednim pokoju, którą tamtejszy lokator odpalił o 5.30…

cisza we mnie

Myślę sobie, że coś się zmieniło. Być może to zmiana układu planet i lutowy nów. Może to zmęczenie pandemiczną i polityczną sytuacją. A może mam już dość zimy, choć pięknie jest i biało w tym roku. Organizm pozbył się chemii po długim leczeniu? Covid mnie przeprogramował? Wstąpiłam w kolejny siedmioletni cykl, w którym zmienia się mój charakter? Zmienia się moja gospodarka hormonalna…?

Zastanawiam się, co z tego wyniknie… Chwilowo odczuwam spokój, a to jest dla mnie bardzo ważne.

Najbardziej cieszy mnie jednak, że spotykają mnie miłe niespodzianki – jak na przykład Walentynka, którą dostałam w tym roku! Jeszcze nigdy nie dostałam takiego listu! Stylowy, romantyczny, z humorem! Poczułam się wyróżniona; wręcz krzyknęłam radośnie na głos, jakbym wygrała w lotto 🙂 I choć list nie był wysłany, by wzniecić iskrę i zapoczątkować gorący romans, to jednak doceniłam ten miły gest. Wywołał uśmiech, nie tylko z uwagi na treść, ale przede wszystkim dlatego, że miło jest poczuć się dostrzegalną.

A mąż? Poza tym, że zawiódł wybierając walentynkowy obiad u mamy- to jednak podarował pęk, złożony z 25 tulipanów (mamie też- ona dostała czerwone). Tulipany podobne do tych, które zdecydowałam się kupić jesienią i nie mogę doczekać się ich kwitnienia – Piękna Polka. Początkowo białe, z czasem zaróżowiły brzegi płatków, a ich ilość w wazonie robi wrażenie. Do tego kurier przyniósł przesyłkę ze sklepu jubilerskiego – chwilowo się zawahał podając mi kartonik, ale podkreślił, że to dla męża i jak to kurier pognał dalej. A ja? Jak to ja – kompletnie niezainteresowana przesyłkami nie kierowanymi do mnie – odłożyłam kartonik na jego szafkę nocną. Nawet nie zauważyłam taśmy, która zdradzała markę, nie mówiąc o tym, by przeczytać skąd przybyła. Zerknęłam tylko na odbiorcę, bo raz udało mi się przyjąć paczkę kierowaną do sąsiada. Sama być może też zawiodłam tego dnia- nie podarowałam żadnego prezentu, bo mąż woli sobie je sprawiać sam. Ogłosiłam, że po raz ostatni robię jego ulubioną sałatkę – na kolejne musi umawiać się z mamą.

Dziś zrobiłam sobie wolne. To znaczy posprzątałam dom po weekendowej zawierusze, ugotowałam pyszny obiad, umyłam okna od wewnątrz i część tych nagrzanych słońcem od zewnątrz. A wszystko przez przepiękny poranek i widok z okien… Zdjęcie nieostre, ale mam nadzieję, że potraficie dostrzec to, co zobaczyłam tego ranka ja… Biel skrząca się w lekkim słońcu i niebo nie do końca stalowe.

Naprawdę niewiele mi trzeba do szczęścia… jedynie odrobiny piękna…

Gimnastyka słowiańska

Przypadkiem natrafiłam w sieci na praktyki gimnastyki słowiańskiej. Włączyłam.

Kobieta miłym głosem wprowadza do ćwiczeń grupę żeńską uczestniczącą on-line w zajęciach, a potem zaczynają się ćwiczenia.

-Pozycja klęcząca, opieramy się na łokciach- mówi prowadząca- wysuwany lewą nogę na zewnątrz, w bok. Lewa strona ciała oznacza kobietę,  w ten sposób odnosimy się do kobiet z rodu matki – w tym momencie zastanawiam się, jakie one były… Wychodzi mi na to, że wszystkie to wszechwiedzące wiedźmy, ale przy tym babki z gorącym sercem…

– Teraz prawą dłoń wyciągamy na zewnątrz, w prawo i zostajemy chwilę w tej pozycji- kontynuuje. W tej pozycji zaczynam się gibać i kolebotać i sama nie wiem, czy kobiety z rodu matki byłyby ze mnie dumne, ale trwam w tej intencji. Pilnuję by nie upaść na nos. Drżę na jednym łokciu. Kolano boli, ale nic to- ród matki tworzyły silne kobiety! Będę silna!

Potem następuje zmiana i przenoszę się z intencjami w stronę rodu mojego ojca. Kim byli? Do końca nie wiem. Zbyt dużo niewiadomych, ale należy im się szacunek, bo z tego co wiem to uczeni i zasłużeni. Staram się jakoś bardziej utrzymać równowagę,  jakbym nie miała pewności,  czy mi wybaczą złą postawę…

– A teraz przechodzimy do zwojów górnego świata- mówi instruktorka, a ja czytam komentarze o tym, jak dziewczyny się wzruszyły podczas ostatniego ćwiczenia (???). Zastanawiam się, co ze mną nie tak , skoro walczyłam bardziej z utrzymaniem równowagi i skupieniem myśli, niż nad odczuwaniem wzruszenia… no ale jestem początkująca.

Górny świat jest przyjemniejszy-tworzymy pączka, potem go otwieramy, nasza intencja leci w Kosmos wysoko, wysoko, wraca, zamykamy pączek. I już. Mamy to.

Zawsze mam problem z tym, którą intencję wypuścić, bo chciałabym wszystkie- niech lecą i się spełniają.

Nie rozumiem tej gimnastyki, ale ma ona w sobie coś pociągającego. Kolega biurkowy przyznał mi rację, kiedy pokazywałam mu jak robię pączka… „splecione ręce na nadnerczach przesuwasz wzdłuż dolnej linii piersi, przeciągasz pomiędzy nimi, przesuwasz po obojczykach, wzdłuż szyi, splatasz dłonie nad głową i masz już pączka”. W trudnych chwilach w pracy to ćwiczenie nam pomaga, a zatem można powiedzieć, że wysyłanie myśli w Kosmos działa!

Fotografie z książki „Tradycyjna kultura Białorusinów”(źródło: narubezhah.ru).

Kiedyś nauczę się ćwiczyć płynnie…

W samo południe

Pomimo braku słońca wybrałam się na spacer. W telewizji śniadaniowej zwrócono uwagę, iż buty do nordic walking nie powinny usztywniać kostki. Chodzę bez kijków, ale ubrałam tym razem ciepłe buty sportowe. Na głowę nałożyłam kaptur, a i tak zastanawiałam się, czy nie zawrócić. Było zimno i wiało, brrr. .. Uda w jeansach zaczęły mi zamarzać-jesli by to pomagało wymrozić bezpowrotnie cellulit, być może zdecydowalabym się odsłonić także pośladki. Przyspieszyłam, by się rozgrzać. Maseczka na twarzy spełniała rolę ocieplacza,  ale też gromadziła parę wodną z wydychanego powietrza. Pomyślałam,  że jeśli para osadza mi się na nosie i policzkach, to nic dziwnego, że mam problem ze skórą w tych miejscach. Zaczęłam wyobrażać sobie, jak to wszystko zamarza mi na twarzy. Tworzy drugą lodową maskę…

Myśli przerwał dostrzeżony krasnal w jamie pod zwalonym drzewem

Ze zdziwieniem odkryłam, że wszyscy spacerują w odwrotnym kierunku. O tej godzinie (w sobotnie poludnie) widziałam w większości twarze samych mężczyzn. Panie zapewne w tym czasie sprzątają,  gotują obiad i czekają właśnie na tych mężczyzn,  którzy szli w stronę miasta, podczas gdy ja się oddalałam.

Bezpiecznie zaparkowany rower- mało kto się odważy wejść na lód…

Pod koniec ścieżki , kiedy byłam już blisko miasta – pewna kobieta spojrzała na mnie i się uśmiechnęła.  Pomyślałam,  że mnie z kimś pomyliła.

Weszłam do domu, myjąc dłonie w łazience spojrzałam w lustro…

„O matko! „- wyrwało mi się z ust, kiedy zobaczyłam swoje oczy. Mój tusz do rzęs przeniósł się na górną powiekę i odbił w nieregularnych kształtach oraz nakreślił czarne wzory pod oczami. Tak rozmazanej nigdy siebie nie widziałam. Mało tego- nigdy nie widziałam tak rozmazanej kobiety!

„Że też nie mam nawyku robienia sobie selfie”- pomyślałam, bo to mogłoby mnie uratować…

Zaraz potem poszukalam pozytywów tej sytuacji „Wow,  nadal mam niebiańsko bujne rzęsy, skoro odbiły mi się na połowie twarzy”- przez chwilę byłam jeszcze skołowana zachodząc w głowę, jak mogło mi się to przytrafić, uśmiechnęłam się jednak do siebie i z takim właśnie uśmiechem podałam na stół pyszny, gorący rosół.

10 tysięcy kroków zamyślenia

Wróciłam do domu.  Zdjęłam kozaczki i poczułam,  że nabawilam się odcisków.  Krokomierz wskazał ponad 10 tysiecy kroków, a zegar 21.00 z minutami… Gdyby o tej godzinie można było zrobić dalszy spacer, pewnie poszłabym dużo dalej.

Nic nie wymyśliłam. Nic nie wymyślę. Nie jestem zdolna do podejmowania właściwych decyzji. W efekcie nie osiągam tego, co chcę, a jedynie zadowalam się tym,  co mam.

Wydaje mi się, że jestem jak samochód. Najpierw kupuje się dobry realizując marzenie, potem zmienia się na tańszy bo zmieniają się priorytety, potem na jeszcze tańszy – bo właściwie też jeździ i w końcu otrzymuje się informację z warsztatu, że z autem trzeba się pożegnać.

Bo juz nie pojedzie. Jak ja. Znowu wydaje mi się, że nic się nie poprawi. Tym razem jednak mam siłę, by chodzić. Nawet w kozaczkach na obcasie.