Hotel Bristol

Hotel Bristol puszczał do mnie oko podczas pobytu w Warszawie. Wieczorem, usiadłam na ulicznej ławce i wpatrywałam się w światło hotelowych okien. Wyobrażałam sobie ludzi, sytuacje, zapach, kwiaty we wnętrzach- coś, jak z filmu „O Północy w Paryżu”. Myśli nastrajały mnie pogodnie.

Potem zastanowiło mnie to, dlaczego nie wyobraziłam sobie siebie tam choćby przez chwilę. Dlaczego, choć budynek miał w sobie coś kuszącego- nie chciałam podejść bliżej?

Siedziałam po przeciwnej stronie ulicy i uśmiechałam się do własnych myśli. Za mała na to, by pomyśleć o tym, że mogę wejść do kawiarni na ciastko.

Marzenia do spełnienia

Pogoda nie sprzyjała aktywności na powietrzu. Choć nie wszystkim pogoda przeszkadza- więc dostałam zdjęcie ze spaceru, którym postanowiłam się podzielić:

Miałam ochotę dziś na taką maseczkę…

Widok z okna miałam nieciekawy…

Kap, kap, kap…

Dzieci złapały katar, straciły humor, więc żeby przytrzymać je pod kocem, urządziłam dzień filmowy. Też tak macie- żeby dziecko obejrzało coś w tv, to trzeba z nim siedzieć? Zatem zobaczyłam z dziećmi Roszpunkę, trochę Czarownicy i końcówkę Minionków. Sama też opadłam z sił, było mi zimno, wiec upiekłam szynkę, potem jeszcze ciasto, potem zabrałam się za prasowanie, aż w końcu stwierdziłam, że biorę tabletkę i kładę się pod kołdrę.

Wpadłam na pomysł, że jutro zrobię z młodszym synem lalkę spełniającą marzenia. Trochę czarów i magii nie zaszkodzi… Dla siebie też zrobię. Niestety mam problem. Bo lalka spełnia określone życzenie. Trzeba je wręcz zwerbalizować. Zobaczyć „światełko w tunelu”. Z moimi marzeniami jest tak, że myślę sobie na przykład tak „chciałabym mieć chatkę nad morzem, tylko żeby nie było w niej zimno, bo jak zaczyna wiać i padać, to jest nieciekawie. To może niech chatka będzie murowana. A mogę poprosić o dom pasywny? Z ogrodem? I garaż, żebym nie musiała skrobać szyb, jak zostawię auto pod domem. Że chcę za dużo? No dobrze, niech będzie chatka i bez garażu, ale z ogródkiem, a może by tak poprosić o wygraną w totka… albo o zdrowie, bo najważniejsze…ale miłość jest taka kusząca…?” Więc tak, z określaniem życzeń mam problem….

Pomyślałam, że mogę zrobić taką lalkę dla kogoś z Was. Musiałabym znać przynajmniej dziedzinę życia, to w jakiej intencji mam wykonać motankę. Zrobię i wyślę. Od serca. Można pisać w komentarzu lub na maila. Do końca września. Jeśli będzie Was więcej- będę musiała wybrać, bo zasoby mam ograniczone…

To co? Znajdzie się ktoś odważny, kto będzie chciał sprawdzić słowiańską moc moich czarów? Podobno warto.

Szybkie danie

Dziś na obiad makaron.

Na patelni rozgrzewamy odrobinę masła, dodajemy szpinak i smażymy do momentu, aż zmniejszy swoją objętość. Następnie wyciskamy czosnek. Ja na 200 g szpinaku dałam dwa duże ząbki. Dodajemy tuńczyka w sosie własnym (dałam 160g), do tego wrzucam ugotowany makaron, doprawiam solą jeśli jest taka konieczność , mieszam, na koniec dodaję jeszcze starty żółty ser.

Dla mnie pycha…

Niepokój

Ten moment, kiedy dowiadujesz się, że ktoś Ci bliski ma pozytywny wynik…

Cholera- pierwsze, co ciśnie się na usta, choć nie miałam z nim kontaktu…

Narasta niepokój…

…żeby tylko samemu nie przyciągnąć do domu tego cholerstwa…

Bufet szwedzki

Choć już późna pora, myślę o tym, jakie będzie jutro hotelowe śniadanie.

Nie o tym, co będzie, bo repertuar jest tu zbliżony do rozszerzonych śniadań kontynentalnych z szybko znikającą jajecznicą.

Najbardziej lubię śniadania w obecności Włochów. Są głośni, ale za to dostrzegalna melodyjność języka sprawia, że czuję się, jak na śniadaniu w wielkiej, włoskiej rodzinie.

Niemcy, choć energiczni od samego rana, to skupieni są na porządku dnia. Ja do tego potrzebuję co najmniej jednej mocnej kawy. Kiedy się budzę dopijając mocną czarną, oni już mają posprzątane stoliki.

Dziś sala była pełna Czechów. Część z nich z Liberca- rzut beretem dzieli naszą południową granicę od ich miasta. Wiem, bo jeździłam tam na basen. Oni jacyś tacy wytrąceni. Spokojni, bez planów, jak wolne elektrony.

Polacy na śniadaniu- przepraszam- są nudni. Kasa, zyski, kontrakty, umowy, sprzedaż, tabele, droga, spalanie.

Ogólnie czułam się dziwnie. Byłam jedyną kobietą. Wędrowałam wzrokiem od stolika do stolika. Wsłuchiwałam się w rozmowy i zastanawiałam się, czy zdążę dobiec do nowo usmażonej jajecznicy, czy nie… w końcu końcu z niej zrezygnowałam.

Wielonarodowość mi smakuje.

A pokój nr 30? Rewelacyjnie operuje tu nocą światło docierające ze stacji benzynowej. Klimat jak z amerykańskich film

Wspomnienie

Ze starego zeszytu…

Czasem zastanawiam się, co o mnie sądzą inni. Czasem, czyli na przykład w sytuacji, kiedy po roku pracy przy jednym biurku, opowiadając o jakimś zdarzeniu powiedziałam „… a on wtedy zapytał, a jak Ci się układa z Markiem?”

Na co oni zrobili wielkie oczy i zapytali: „z naszym Markiem?”

– Z jakim waszym/naszym Markiem??? Z moim Markiem, z moim mężem… – odpowiedziałam.

I wówczas ja zrobiłam wielkie oczy, a przez głowę przegalopował mi szereg dziwnych pytań, na które nie potrafiłam odpowiedzieć. No bo faktem jest, że nie mówię o prywatnych sprawach, ale żeby przez rok nie nazwać męża po imieniu? To jak ja o nim mówię? chyba w ogóle… Ale żeby skojarzyć opowieść z Markiem firmowym, to już w ogóle nie wiem, jak wyjaśnić. Ja rozumiem, że Marek firmowy lubi wszystkie kobiety, ale to pytanie wszystkich znajdujących się w biurze osób zbiło mnie z tropu… i nie potrafiłam sobie tego logicznie wytłumaczyć. Właściwie w firmie wiedzą o mnie tyle, ile powie im KK, któremu wystarczy szepnąć słowo, żeby usłyszeć je echem już po 5 minutach z drugiej części zakładu. Chyba tylko norkę Wysoko Postawionego omija ten kanał informacyjny.

Na szczęście z KK dzielimy mieszkanie, ale nie moje sekrety. Za to ja znam jego wszystkie historie. Nie zawsze od niego, bo mu powiedziałam, że nie uniosę jego bagażu doświadczeń, ale od Nowej, która czasem nie może uwierzyć, a może chce pośrednio omówić własne problemy ze swoim mężem… ale ja się nie zajmuję plotkami. Pomimo tego usłyszałam ostatnio, że jestem gadułą.

Może i jestem gadułą, jeśli nie wyrobię limitu koniecznych przez kobietę do wypowiedzenia słów w ciągu dnia, to przelewam je na bloga. Ale skoro tyle gadam, to dlaczego wiecznie słyszę pytanie dotyczące mnie i męża „To wy ze sobą nie rozmawiacie?”. No mówię do niego, czasem po trzy razy.

Wczoraj nie było mnie w firmie, KK z samego rana doniósł mi, że Wysoko Postawiony nie ma humoru i nie będzie łatwo, w południe Nowa wysłała mi swoje żale, że Wysoko Postawiony doprowadził ją do łez, poza tym dostałam zdjęcia od oddelegowanych pracowników z wieczornej kolacji z pozdrowieniami i zaproszeniem na wino po ich powrocie. I to wszystko z ich inicjatywy. Ja nie próbowałam nawiązać żadnej formy kontaktu z nikim w firmie. No to chyba jestem… dostrzegana?

ale już trzeci dzień się zastanawiam, jak mi sie układa z Markiem…

Biurko

Chyba niewielu z Was zna/pamięta moje wpisy dotyczące firmy… a przecież to był jeden z głównych wątków mojego bloga.

Ponieważ w firmie zachodzą zmiany, postanowiłam przypomnieć historię biurka, które już niedługo może przestać istnieć.

Kto z Was pamięta KK? Mojego pierwszego biurowego kolegę i współspacza jednocześnie?

Bo właśnie z KK przy jednym biurku rozkręcaliśmy firmę, a po godzinach mieszkaliśmy we wspólnym mieszkaniu służbowym. Jednak gadaliśmy głównie przy biurku. KK był oazą spokoju i buforem bezpieczeństwa pomiędzy mną, a Wysoko Postawionym. To był czas mega zgrzytów na linii ja- Wysoko Postawiony….

Z KK dzielenie biurka to była czysta przyjemność. Niwelował mój stres swoją obecnością, opanowaniem, a smutki leczył uśmiechem. Pomógł mi w początkach walki z depresją. Chronił mnie i dbał o mnie. Wraz z odejściem od biurka, odszedł od żony i zmienił pracę. KK często wspominamy. Widziałam się z nim w zeszłym roku. Z radości wziął mnie na ręce i podrzucił do góry… a zrobił to w obecności swojej nowej wybranki serca. KK stał się ojcem piątki dzieci, jednego z nich miałam zostać matką chrzestną.

Kolejna rekrutacja zesłała mi Niebieskookiego. Stał się nowym biurkowym kolegą, a po pewnym czasie – i współspaczem, bo…postanowił się rozwieść i wyprowadzić z mieszkania, a najłatwiej było mu wprowadzić się do mnie. Wraz z odejściem od żony, odszedł z firmy. Kontakt nam się urwał. Choć do dziś wspominamy jego zakupy- miał bzika na punkcie butów. Uwielbiał dobrze wyglądać i to mu się udawało…

Wolne miejsce przy moim biurku zajął kolejny Biurkowy Kolega. I żeby nie było- od razu uprzedziłam go, że zajmuje gorący fotel. Złapaliśmy ze sobą bardzo dobry kontakt. Uwielbiamy wspólną kawę, znosimy swoje humory. Tu dla odmiany zaczęło psuć się i w moim i w jego małżeństwie. I kiedy już zaczęłam się zastanawiać, które z nas ma tym razem gorący fotel- rozwój firmy zesłał nam kolejną kobietę.

Przed nami rewolucja. Najprawdopodobniej (na 99 procent) otrzymam biurko jednoosobowe.

Tymczasem kupiłam dziś dwa, nowe kwiatki doniczkowe na jeszcze wspólny parapet.

bilet do szczęścia

NASA zbadała oraz wyznaczyła trajektorię lotu dla około 7 procent ciał niebieskich, które mogą w przyszłości przelecieć w pobliżu naszej planety lub mogą przeciąć jej orbitę.

7 procent ze stu możliwych…. to niewiele. Wyciągając stary bilet z portfela pomyślałam, iż to, że stanęłam na drodze Temu, który Rozchmurza Moje Dni- stanowiło także niewielki procent prawdopodobieństwa…., jeśli nie promil. Właściwie było całkiem przypadkowe. Kiedyś z przypadkowości spotkania nie skorzystaliśmy wcale. Otarliśmy się o siebie nawet tego nie zauważając.

Splot kilku zdarzeń, tak naprawdę ze sobą niepowiązanych sprawił, że rok temu poznaliśmy się. Spotkanie to wcale nie było pewne, bo inne okoliczności mogły sprawić, że do wzajemnego spotkania się by nie doszło.

Pogoda, jak dziś była przepiękna. Ławeczka w parku okazała się najlepszym miejscem do wymiany myśli, nienachalnej bliskości, przypadkowego muśnięcia, nieskrępowanych rozmów. Otaczająca przyroda nie rozpraszała, tylko pozwoliła nam skupić się na byciu tu i teraz. Dotąd sobie nieznani czuliśmy się tak, jak gdyby rozmowa na ławce była naszym stałym, letnim rytuałem.

Słońce ogrzewało promieniami, jabłka smakowały wybornie, powietrze pachniało… choć znawcy chemii miłości od razu wtrąciliby w tym miejscu, że najważniejsze było nieodczuwalne – bezwonne sygnały wysyłane i odbierane poza naszą świadomością.

Od tego dnia świat zaczął się zmieniać. Jesień nie była tą, która sprawia, że dni są coraz krótsze. Urzekała zmieniającymi się barwami w przyrodzie, zachęcała do spacerów, do szukania kasztanów i do szurania butami w stertach suchych liści. Choć fizycznie spacerowałam w pojedynkę, to w duszy grał mi duet. Zima nie okazała się ponura, choć niemalże bezśnieżna. Pierniki zawieszone na choince pachniały, jak nigdy wcześniej. Długie wieczory sprzyjały wymianie myśli. Pojedyncze płatki śniegu wywoływały zachwyt. Wiosna namieszała w planach, choć ofiarowała nam czas, obdarzyła zaufaniem, dała poczucie względnego bezpieczeństwa. Lato dało początek marzeniom…zamknęło cykl.

Ziemia okrążyła Słońce. Numeryczny zapis dnia 23.09.2020 dał liczbę dziewięć. Cykl się zamknął. Nie dla nas. Nasza podróż trwa nadal.

Niespieszność, obecność, delikatność i zaufanie są trwałe. Zaufaj rozpoczęło wspólną drogę, Jestem dało poczucie bezpieczeństwa. Niespieszność stała się bronią w walce z Tęsknotą. Obecność tym, co nadało sens…życiu.

Tak niewiele i aż tyle.

Dziękuję.

bilet do szczęścia…

Niepozbieranie

Od dłuższego czasu analizuję pytanie „co się zmieniło?”. Słyszę je za każdym razem, gdy udaję się po pomoc.

Mąż/dzieci (szkoła)/praca – mieszanka tych trzech płaszczyzn, ich układ powoduje, że odnajduję się w swojej przestrzeni lub nie.

Z mężem jakoś sobie poradziłam. Mam wątpliwości, czy właściwie, ale przynajmniej nie boli. W pracy namnażają się problemy… za dużo, za szybko, itd…stres… Szkoła- tu czas też nie chce się rozciągnąć. Mam w związku z tym wyrzuty sumienia…

W rezultacie jechałam dziś do pracy i smarkałam w rękaw. Nie jest dobrze, bo nie mogę znaleźć rozwiązania. A kiedy nie mogę – biorę to do siebie. Nie znoszę swoich słabości, niepozbierania, nieradzenia sobie, niemożności znalezienia własnego miejsca, zmarszczek wokół oczu, cellulitu…

Nie lubię siebie takiej.

Na tarasie

Siedzę na tarasie, słońce chyli się już ku zachodowi. Jest wyraźnie chłodniej, niż w ciągu dnia.

Przesiaduję na tarasie od strony drogi, jest głośniej i mniej intymnie, niż na tarasie z drugiej strony, ale tu siedziałam od zawsze. Tu jestem w pewnym sensie częścią społeczności. Znam starszą panią z czarnym psem, który próbuje skorzystać z fragmentu trawnika przed bramką, ale pani widząc mnie psu tu i teraz nie pozwala. Z panem, który robi krótkie kursy do monopolowego zawsze wymieniamy uprzejmie „dzień dobry”, w ostatniej fazie machamy do siebie, bo łatwiej. Mężczyzna, który kiedyś pracował w gazowni często się zatrzyma, skomentuje, zagada. Jest też gość zawsze ubrany w koszulę i kapelusz. Klnie, jak szewc, kiedy wraca z baru do domu. Nie znam ich. Przechodzą, przejeżdżają, a ja znam ich rytuały, kierunki spacerów i godziny. Oni wydaje się znają mnie lepiej. Bo kiedy stoi na podjeździe moje auto- znaczy, że jestem. A jeśli jestem, to siedzę na tarasie lub kopię w ogrodzie.

Dziś właśnie siedząc na tarasie rozmawiałam przez telefon. „Pępek. Syn mówi, że wklęśnięty pępek mają Ci z Kosmosu”. Spojrzałam na siebie. Hmmm… mam wklęśnięty, ale dawno go nie widziałam. Podobno wklęśnięcie pogłębia się wraz z rozwojem tkanki tłuszczowej. Ciekawa jestem, jak wygląda teraz-zamyśliłam się i w tych myślach (jednocześnie prowadząc trozmowę telefoniczną) -brnęłam dalej:

‚ nogi mam nieopalone, a lato się skonczyło i siniak,jak zwykle…- podwinęłam sukienkę wyżej trzymając nogi na oparciu krzesła- o i tu też jakiś, a wyżej?’…

I w tym momencie zobaczyłam pana z łaciatym pieskiem. Wyraźnie zwolnił patrząc w moim kierunku. Pewnie tak, jak ja, zamyślił się…i zapewne jak ja myślał, że jest niewidzialny… Tylko, że on szybko swoje zamyślenie zrzucił na psa, który penetrował trawnik, a ja…udałam, że chowam się za telefonem.

Od czasu do czasu

Raz na jakiś czas ktoś wpadając na mojego bloga, trafia na stronę ‚o mnie’.

Raz na jakiś czas dopada mnie refleksja, by Was poznać osobiście…

Moja przygoda z blogiem miała być chwilowa. Po to, by wyrzucić z siebie niepotrzebne myśli. Odciąć się od pewnych rzeczy lub je zapisać, by kiedyś do nich wrócić. Przede wszystkim po to, by móc policzyć upływający czas.

Ostatnio łapię się na tym, że blog- to nie miejsce na moje popierdółki, a miejsce spotkań z Wami. Wiele codziennych czynności sprawia, że moje myśli wędrują na Wasze podwórka. Przez okienka blogów zaglądam do Was, by się upewnić, że u Was wszystko w najlepszym porządku.

Więc gdybyśmy mieli się spotkać, to gdzie i kiedy?

Tak jesteście rozsiani po świecie, że wydaje się to niemożliwe, by zebrać Was wszystkich w jednym miejscu i czasie… szkoda…

Z drugiej strony świat nie jest taki duży, jak się nam wydaje i wszystko jest możliwe…

Chciałam tylko napisać, że bardzo Was lubię!

Dobra wiadomość

Opłaca się przekopywać internet… właśnie dowiedziałam się, że jeśli moje postanowienia noworoczne jeszcze nie weszły w życie, to nic straconego. 17.09.2020 mogę je wdrożyć w życie na nowo.

Zgodnie z Mapą Przeznaczenia już niedługo wkroczymy na nową ścieżkę.

A na niej pisany jest mi : „Sukces zawodowy, bujne życie towarzyskie, romanse, zabawa, kreatywność, słońce świecące nad Tobą – to jest Twój rok. „

Zaintrygował mnie sukces zawodowy… i to od dnia, w którym przyjeżdża Prezes. Szybko policzyłam, co on spotka na swojej drodze – „czas na zmiany”! No tak! Mówił mi o tym! A o romansie krążyły plotki już od jakiegoś czasu…

Trochę (w tym nowym roku) się o siebie boję (biorąc pod uwagę mój charakter i moje szczęście), ale Wam życzę wszystkiego dobrego!

O tych gwiazdach już było

Wrzesień. Raz się coś kończy, innym razem zaczyna. Poniżej stary wpis. Patrząc ostatnio w niebo znowu przypomniał mi się G., który zginął tragicznie właśnie w tym czasie…

Młodość. Letnia noc. Siedzimy na plaży. Dłonią można wyczuć ciepło zgromadzone za dnia w małych ziarenkach piasku. Równomierny szum morza nadaje rytm biciu serca. Aromat soli morskich miesza się z żywiczym zapachem sosen.

Siedzimy oparci o siebie i spoglądamy w niebo z nadzieją ujrzenia spadającej gwiazdy. One spełniają życzenia.

Intensywnie myślę, które z życzeń chciałabym by zostało spełnione. Odszukuję w pamięci te, które już wymawiałam biegając z wodą w ustach wkoło studni, wrzucając monety do fontanny, czy klęcząc w miejscach sakralnych – by ich nie powielać.

W głowie pojawiają się myśli – „zostań” , „nie- to niemożliwe”, „ciekawe, o czym on myśli?”, „myśli o domu?”, „nie mogę myśleć o nim, obiecałam”, a może by tak zaryzykować?

– Nie spadają. Nie wiem czy to właśnie nie jest dla mnie szczęściem… Mówi się – ostrożnie z marzeniami… – przerwałam ciszę.

Westchnął – Pamiętaj, warto marzyć. Może to jeszcze nie czas. Popatrz, jaka piękna jest dzisiaj Droga Mleczna. To, co widzimy to granica świata żywych i krainy śmierci. Dusze pokonują daleką drogę, mówi się, że najpierw pokonują wodę, muszą płynąć wpław, by zapomnieć o wszystkim. Oczyszczają się z szaleństwa i przygnębienia, nabierają mocy witalnych. Stają się lekkie i ulatują w stronę nieba, by zatrzymać się w raju, to tam – na końcu Drogi Mlecznej. Droga, jak widzisz jest długa, a dusz jest bez liku. Każda duszyczka otrzymuje małą latarenkę, by nie błądzić… Tłoczno na tej Drodze Mlecznej… i pięknie… Niektóre dusze wracają na ziemię, przylatują pod postacią ptaków…

Pamiętam, że mówił długo i przejmująco. Podążałam za jego palcem po mapie nieba. Odwiedzaliśmy gwiazdy, gwiazdozbiory… Nikt inny nie potrafił tak opowiadać jak on.

Od pewnego czasu, kiedy widzę nocne niebo, szukam Drogi Mlecznej i wypatruję go wśród nieskończoności gwiazd. Gdybym biegle znała alfabet Morse’a, jak on – pewnie znaleźlibyśmy sposób, by powiedzieć sobie „dobranoc” mrugając latarenką.

Słodkości/gorzkości

-Jakie pyszne ciasto- powiedział dziś rano mąż – wezmę kawałek do pracy.

Szarlotka stała na stole od wczoraj. Nie ruszał jej, bo on nie je szarlotki. Nie odezwałam się słowem.

O 11.30 dostałam SMS od teściowej „Dziękujemy za słodkości”. Nie odpowiedziałam, wiem niegrzecznie postąpiłam.

W głowie kłębią mi się myśli… Bo wczoraj nie podziękowała. Dzisiaj-tak. Za dzisiejszą, czy za wczorajszą?. Myślę, że mąż dziś rano pojechał do niej i zawiózł jej szarlotkę. Ona chciała to podkreślić wysyłając do mnie wiadomość. A mąż…pewnie mnie okłamał mówiąc, że zje ciasto w pracy…

Nie powinno tak być. Wiem. Niestety na takie poplątanie myśli wszyscy sobie zapracowaliśmy. Najbardziej boli mnie nieszczerość i tajemnice. Zdarzało się tak w przeszłości,więc teraz mój mózg mobilizuje się do wymyślania intryg…

A przecież kawa, którą piję jest smaczna… szarlotce też niczego nie brakuje (tak myślałam do czasu aż nie zobaczyłam konkurencyjnej u hanjii).

I pięknie świeci słońce!