365

Krowa w pełni

365dniwobiektywie pomyślał sobie pewnego razu, że chciałby ode mnie post ze zdjęciem zazedykowany dla niego, więc proszę – spełniam jego życzenie.

Zastanawiał się też, jak wyglądam. I na to pytanie też mogę mu dzisiaj odpowiedzieć…

…bo mój kolega biurkowy zawsze, jak gdzieś wyjedzie, widzi coś na moje podobieństwo (takie zboczenie zawodowe). Dziś właśnie dostałam kolejne zdjęcie z Chorwacji. Tak właśnie widzi mnie mój kolega…

Tak.. uwielbiam lawendę…

Poszukiwania

Czesław – Kto pamięta, jak poszukiwany był Czesław? Prawie rok temu… I co? Jeden się znalazł, a drugi? Podobno się odnajduje?

A dziś? Dzisiaj klikałam z Panem P. Myślałam, że będzie w mieście. Całe szczęście, że nie udało nam się umówić, bo trafił mi się wyjazd służbowy.

Pochwaliłam się otrzymaną dziś korespondencją i usłyszałam, że Pan P. też chciałby nawiązać przyjacielskie relacje… Poszukuje bratniej duszy, a nie znajduje…

Więc jeśli chcesz poznać Pana P. lub po prostu wysłać do niego maila ocieplającego chłodne letnie już wieczory – pisz- kontakt poniżej. A może znasz kogoś, kto też poszukuje, a nie znajduje…?

Pan P. Kontakt

Poczta

Pani Salmiakowa lubi chodzić na pocztę. Dziś pani Salmiakowa była zdziwiona, bo o listach do Pani Salmiakowej było głośno w 4 okienkach!!! Pani Salmiakowa nie dziwi się, że gdzie się nie pojawi, tam się coś dzieje. Panią Salmiakową już znają w dwóch gmachach urzędu. W jednym Pani Salmiakowa może sobie pooglądać i powybierać najnowsze znaczki, które za pomocą śliny przyklei na kopertę i przypięczętuje własną pięścią. W gmachu poczty, którą Pani Salmiakowa odwiedziła dzisiaj, załatwia ona sprawy firmowe i „po znajomości” może czasem osobiście odebrać pocztę, jeśli się pali, a kurier nie dojedzie, bo zaspał.

Ale to, że każda z pań w czterech okienkach była zaaferowana listami, troszeczkę Panią Salmiakową zdziwiło. Tylko troszeczkę, bo każda z Pań chciała Panią Salmiakową przyjąć przy swoim okienku, a padło na najbardziej zaspaną i najbardziej nieszczęśliwą panią urzędniczkę.

W barze obok, gdzie Pani Salmiakowa zamówiła danie dnia na wynos, w czasie oczekiwania zaczęła Pani Salmiakowa przeglądać pocztę. Rachunek za gaz. Rachunek za prąd. Rachunek za papier, kawę i mleko.

Przesyłka. Otwiera Pani Salmiakowa wielką, grubą kopertę, a w niej kolejna, którą można było „otwierać z ciekawości”. Otworzyła Pani Salmiakowa, a tam książka z piękną historią i kolejna koperta ” nie otwierać bez ważnego powodu”. Pani Salmiakowa miała bardzo ważny powód, więc otworzyła i przeczytała dwustronicowy list miłosny…i się rozpromieniła i rozpłynęła….

Obiad jeszcze potrząsał garnkami na kuchni, więc Pani Salmiakowa wyjęła kartkę z morskim motywem z dna przepastnej torby. Motyw widokówki, który już dobrze znała, bo gościł on na parapecie jej okna już rok. Życzenia urodzinowe!!! Jakie to zaskoczenie, że Pani Salmiakowa dostała kartkę urodzinową z życzeniami by rosła duża, zdrowo się chowała, i by morskie wiatry ją niosły w przyjemne miejsca i w przyjemnym towarzystwie! Jak zwykle Pani Salmiakowa pooglądała znaczki z Kabaretem Starszych Panów i z historią polskiej fotografii. A na koniec omiotła Pani Salmiakowa adres i roześmiała się w głos. Nałożyło się to z wizytą kelnerki przy stoliku, która podarowała pakunek i spowodowało, że kelnerka zaraziła się śmiechem. A co Panią Salmiakową tak rozśmieszyło? To, że otrzymała Pani Salmiakowa PIERWSZĄ kartkę imiennie do siebie zaadresowaną! – Pani Salmiakowa nie tylko ma imię, ale też adres!

I wiecie co? Pani Salmiakowa ma kupiony wczoraj urodzinowy los Lotto, ale chyba nie powiedzą wieczorem w tv, że Pani Salmiakowa wygrała, bo Pani Salmiakowa otrzymała dziś taki pakiet szczęścia, że więcej już Pani Salmiakowej nie trzeba…

Nigdy nie będzie normalnie

Na lewą szalę wagi odkładam groszki, które oznaczają przykre chwile, na prawą te, które stanowiły chwile miłe.

Waga pokazuje, że miłe chwile przeważyły, serce upiera się, że było inaczej.

Tak było…

Najpierw urządziłam sobie domówkę w domu. Pierwszy raz na koncertach Pol’andRock było mi tak wygodnie.

Na wywiad z W.Mannem zaprosiłam męża, który ochoczo przybył do salonu.

Mann- …o dziennikarstwie mógłbym…

Mąż- Ty widzisz, jak on się postarzał? No patrz, nie widziałem go chyba dawno… ile ma siwych włosów. On nie przytył?…

Ja- csssiii…

Mann- … w nowym radiu…

Mąż- No weź no, weź no sprawdź w internecie, ile on ma lat, no weź…bo mi się tak wydaje, że on postarzał się, że już wiekowo się posunął, komórkę masz obok to sprawdź…

Ja- sssssssssssss…..

Mąż się zmył, Mann skończył wywiad, ja nic nie słyszałam.

●●●

Poszłam nad wodę z synami. Godzina 17.00. Syreny wyją. Muzyka na plaży gra, waciarz kręci watę, w browarze leje się piwo, ratownik przechadza się po pomoście. Moi synowie pytają co to i stają na baczność, jak rok temu. U mnie czas na chwilę się zatrzymuje.

●●●

Wróciłam na „domówkę” -to znaczy będąc na plaży założyłam słuchawki. Słyszałam Pol’andRock, a z oddali muzykę z plaży, widziałam tłum i czułam żar…jak na woodstockowych polach. Czytałam książkę. Nagle zauważyłam pochylającego się nade mną młodego mężczyznę. Wyjęłam słuchawkę z ucha, a mężczyzna powtórzył pytanie:

-Przepraszam, czy mogę zapytać, co pani studiuje?

I powiem wam, że ja mam duże oczy, ale zrobiłam jeszcze większe, bo wyrwana z pieśni o walce szatana, rozgrzana przez słońce do czerwoności i widząc nachylającego się nade mną młodego mężczyznę – straciłam grunt pod nogami. Usiadłam, zdałam sobie sprawę, że nie przysnęłam na słońcu i odpowiedziałam pytaniem na pytanie „że w sensie co czytam? O książkę pan pyta?” Pokazałam, a on odpowiedział „zacna lektura, naprawdę zacna” i odszedł. I on tak na poważnie. Z synkiem był. Trzeźwy. Więc jak coś – wrzucam okładkę na zdjęciu, bo do treści jeszcze odnieść się nie mogę, ale mężczyzn przyciąga. Tylko jak coś, bądźcie przygotowane i poćwiczcie minę intelektualistki, mi nie wyszło.

●●●

Wieczorem nocne kino w plenerze. Wzięłam męża i dzieci. Dzieci zadowolone, mąż nie. Bo on nie wiedział, dokąd i po co idzie. Pomyślałam sobie „dobry mąż- rzucam hasło o 21.00 -wychodzimy- i on wychodzi. W ciemno.”

●●●

Dziś wpadłam na pomysł, by zaprosić rodzinę i teściów do baru w plenerze. W Menu zupy wysokoprocentowe i kompoty. Obok kawa, lody i ciasta, a jeszcze dalej to, co podnosi cholesterol, ale smakuje dobrze.

Można przyjemnie spędzić czas…

Mąż postanowił, że poleży przed tv, teściowa, że zapyta teścia. Powiedziałam, że będziemy tam i jeśli mają ochotę dołączyć- zapraszam. Przyszli przed dwudziestą. Mąż z rodzicami. Zapytałam, czym mogę ich poczęstować, bo ja już wypiłam smaczną kawę, a dzieciom obiecałam kolację. Teściowie nie chcieli nic, mąż też nie. Więc poszłam po burgery, frytki belgijskie, aperol dla teściowej, whisky dla teścia, IPĘ dla męża, lemoniadę dla dzieci i nektar bogów dla siebie. Ooo… zachwyty trwały całe trzy minuty, po czym teściowa wzięła męża swojego i mojego, bo w sąsiedztwie zainteresowało ją coś innego. Powiedziałam dzieciom, że mogą pobiegać. Zamówiłam sobie truskawkowego portera. Dzieci poszły do domu, teściowa wróciła, mąż przybiegł z pizzą. Zjedli. Usłyszałam na koniec od teściowej, że jestem…do końca nie dałam jej dokończyć, bo kawa i dwa piwa w moim pęcherzu stały się ważniejsze. Kiedy wróciłam z wc, okazało się, że moi goście stali już w progu.

●●●

Domówka

Gdyby nie wirus, z pewnością byłabym na woodstockowych polach, a w tym momencie na terenie ASP…

Być może znowu spotkałabym G., który powiedziałby „znowu masz poobijane nogi, dziewczyno”. Tym razem nie od jazdy na rowerze po zatłoczonym festiwalu, a od ostatniego niezgrabnego wyjścia z hotelowego brodzika z zapchanym odpływem…

Z tym G. to dziwna sprawa… kto był na tym koncercie wie, że ciężko jest się spotkać w umówionym miejscu, a co dopiero spotkać się przypadkiem. Na dodatek będąc w Warszawie natknęłam się na niego w metrze. On wysiadał, ja wsiadałam. Zdążyłam złapać go za ramię i krzyknąć „cześć, G.”. Pozostawiam go zdumionego na stacji metra.

Bardzo brakuje mi Nocy Jazzu. Uwielbiam tamten klimat oraz koniec imprezy z pięknym wschodem słońca.

W tym roku koncert dostępny jest Online. I choć zawsze wybierałam się na koncert w pojedynkę, to nigdy nie czułam się tam samotna. Tu brakuje ludzi, spotkań, wibracji nawet słońca i kurzu…

Jednak biegnę posłuchać Pana Wojtka.

Powtórka z refleksji

Kto cię kocha, nigdy cię nie opuści, nawet jeśli ma 100 powodów, by się poddać. Zawsze znajdzie jeden powód, aby zostać.-przeczytałam.

Miłość… Pamiętasz Ceramiku, jak napisałam, że bez miłości nie istnieję?

Miłość …ma wiele znaczeń, a sama definicja spowszedniała. Została uproszczona. Zdeprecjonowana przez głoszących religię. Zapisana w książkach, sfilmowana na tysiąc sposobów. Miłość…to więź, kod społeczny, erotyka, serce, czerwona róża…bla bla bla- miłość w każdej formie i dla każdego.

Doświadczenie miłości – jest dla mnie najpiękniejszym doświadczeniem w życiu. Czując się kochana – byłam silna. Odczuwałam spokój. Miałam solidne fundamenty do tego, by tworzyć, marzyć, iść dalej. Czułam się zaopiekowana. Byłam otulona skrzydłami osoby, która kochała mnie bezwarunkowo. Przynajmniej takie miałam odczucie.

Dobrze jest dostrzec i docenić taką miłość, poza miłością rodzicielską, miłością w związku, która niemalże ma miejsce u każdego z nas.

Nie umiem pisać o miłości, karmię się nią.

Herman Hesse twierdził, że osoba, która umie kochać dobrze, zawsze zwycięży w swoim życiu. Nie wiem, co miał na myśli, ale czuję, że mogę poprzeć te słowa.

Zaczęłam zastanawiać się nad słowami z cytatu na początku. Bo choć piękne, to czy nie usprawiedliwiają miłości toksycznej? Zaraz potem nad swoimi słowami – czy nie za bardzo idealizuję?

Skoro jednak doświadczyłam, a teraz wyciągam dłonie po więcej – może mam prawo tak odbierać miłość…

* * *

„-To czego potrzebujesz? – zapytał.

-Jeśli odpowiem, że miłości, to pewnie uznasz to za …?

-To wyślesz mi swoje zdjęcie?- uznał…”

Nie każda płaszczyzna nadaje się w tym temacie do filozofowania. O miłości trzeba mówić ostrożnie. Najlepiej nie mówić, a doznawać. W najprostszej formie.

Kiełkująca myśl

-Pani Salmiakowa, kochana- a co to się wydarzyło u Pani na podjeździe z samego rana?

– U mię?- udałam, że nie wiem, o co chodzi… choć w głowie kłębiła się cała masa myśli i wszystkie wokół mamusi… lecz szybko dodałam:

– A nic, nieszczęśliwy splot okoliczności zakończony niewykorzystaną szansą, czym zaprzepaściłam nadzieję na lepsze jutro, spokój i szczęśliwszy żywot, a do tego nie udało mi się wyplenić poczucia mojego już-nie-lokatora, iż jest intruzem. Ale spieszę się po mąkę, więc jeśli sąsiad chce mi towarzyszyć w drodze do sklepu, rozwię temat.

Sądząc po minie i słysząc „hę”, uznałam iż odpowiedziałam wyczerpująco, a sąsiad nie nalegał na rozwinięcie tematu, więc mu pomachałam wesoło na „do widzenia” i szybko oddaliłam się z miejsca spotkania ocierając ręką pot z czoła, który wywołała gimnastyka mózgu…

A było to tak…

-Czuję się tu, jak intruz- powiedziała mamusia przekraczając próg mojego domu.

„Jak intruz? A tak się mamusia nie czuła ani jednego dnia mieszkając u mnie.” -pomyślałam, ale uzewnętrzniłam na twarzy nie zdumienie, a niezrozumienie lub może niedosłuch (nie mogłam się zdecydować).

– Mamusia sobie kawę zaparzy. Jak dzieci będą głodne, w lodówce jest obiad. Starczy dla wszystkich. Wystarczy podgrzać. Pogoda dziś ładna, można posiedzieć na tarasie. To ja już będę jechać do pracy, do wi…- nie zdążyłam skończyć, bo mamusia okazało się miała jeszcze coś do dodania… no i się zaczęło.

Pakowałam do auta kolejno- walizkę, laptopa, torebkę. Telefony i już wracałam po ładowarki, ale mamusia miała dużo więcej do powiedzenia, więc stwierdziłam, że nastała najwyższa pora, by się ewakuować, a ładowarki najwyżej kupię po drodze.

Ja do auta, ona za mną. Ja wsiadam, ona otwiera drzwi pasażera, bo nie skończyła mówić. Ja wstaję i mówię, że szybko się denerwuję (jak mnie uczono na szkoleniach z obsługi klienta- muszę jednak coś źle robić, bo na mamusię też nie zadziałało)- bezskutecznie.

Ja zamykam, ona otwiera. Wstaję, proszę by się odsunęła, ona nie puszcza drzwi. Mówię, że zadzwonię do męża/na policję/(może po lekarza)- nie działa. Ręce mi opadają…jestem bezsilna, nie mam pomysłu, poddaję się, opadam na siedzenie…tonę w smutku… i nagle pojawia się kiełkująca myśl ” przejadę cholerę”.

Wsiadam, odpalam silnik, daję sygnał do odjazdu i ruszam z mamusią przyczepioną do drzwi. Cholera nie puszcza. Przyspieszam, bo sił dodaje mi wewnętrzny złowrogi śmiech i wizja mamusi przejechanej nieszczęśliwie i to trzy razy. W końcu wygrałam, mamusi żal było drzwi od auta. Odczepiła się.

– Nie będę opiekowała się Twoimi dziećmi! Jak tak, to idę do domu!- wrzeszczała.

-A mam to w dupie!- wykrzyczałam z wnętrza samochodu. Zrobiłam manewr, jak na filmach, zamykając drzwi auta nie puszczając kierownicy i nie zdejmując nogi z pedałów kolejno gazu i hamulca. Odjechałam.

A mogłam powiedzieć coś innego, bo dupa to brzydkie słowo…

Historia urwana… bez endu. Tematu w rodzinie jakby nie było…

Pani Salmiakowa mogła pojawić się na pierwszych stronach gazet, albo przynajmniej na pasku wiadomości w tv. Mogło być głośno, do miejscowości, w której nic się nie dzieje, mogły zacząć przyjeżdżać tłumy…

Nic jednak straconego- znajomy powiedział, że pożyczy piłę. Co prawda powstała już „Masakra piłą motorową”, ale nowy tytuł „Masakra piłą motorową w domu Pani Salmiakowej” mogłaby przyciągnąć do kin tłumy-zwłaszcza, że kina odmarzają…a tytuł taki ciepły…

Pan P. na kolacji

Przedwczoraj napisał Pan P. Wysłał pytanie, czy żyję, bo 5 miesięcy temu napisałam, że spotkamy się jutro. I do tej pory cisza.

Rzeczywiście minęło sporo czasu.

Umówiliśmy się w nowej restauracji.

Restauracja bardzo przyjemna. Inna od wszystkich w okolicy. Przestronne i jasne wnętrze z przeszklonymi witrynami, naturalne materiały, prostota i elegancja. Otoczenie parku dodawało pozytywnej energii, a otwarte przeszklenia zapraszały przyrodę do wewnątrz.  Do tego ciekawa muzyka, która nie przeszkadzała, a tworzyła tło do rozmów. Klimatycznie.

Zamówiłam zapiekany camembert z salsą warzywną i pieczywem żurawinowym. Pan P burgera. Żałowaliśmy, że wybraliśmy się samochodami, bo mieliśmy ochotę na kieliszek wina. Poprzestaliśmy jednak na soku pomarańczowym.

Przez kwadrans obserwowaliśmy siebie, bo jednak dawno się nie widzieliśmy. Pan P. zmężniał- może to przez zarost? Wyprzystojniał. Zadbał o sylwetkę. Stał się jakiś taki bardziej pewny siebie.

Potem tradycyjnie już, zaczęliśmy jeść wspólnie ze swoich talerzy- czyli on próbował mojego sera, ja jego burgera. Nie zważając na to, co powiedzą ludzie, ani na wirusa, który nie odpuszcza.

Goście w restauracji zaczęli powoli znikać, światło zaczęło przygasać. Kelnerka podeszła z pytaniem „Przepraszam, czy mogę podać rachunek? Nie muszą państwo jeszcze wychodzić.” Zorientowaliśmy się, że już dawno zostaliśmy sami. Obsługa przygotowywała lokal do zamknięcia, a my tkwiliśmy w środku sali przy ostatnim już oświetlonym stoliku.

Wspominaliśmy: moment, kiedy się poznaliśmy, wieczory taneczne, konkursy strzeleckie, jazdę quadami, biesiadę na jego balkonie, wspólnych znajomych oraz to jak mnie karmił, kiedy nie mogłam jeść…

Porozmawialiśmy o finansach, biznesie, ekonomii i miejskich układach.

Chwilę o związkach…

I tylko się zastanawiałam, dlaczego on nie może znaleźć tej, z którą mógłby dzielić czas…

Poczułam się nakarmiona.

A na deser… takie oto cudo przed restauracją.

Buick Riviera Gran Sport

Opcja Gran Sport została zaprezentowana w 1965 roku, zawierała m.in. silnik Super Wildcat, wyższe przełożenie przekładni głównej 3,42 oraz sztywniejsze zawieszenie. Jako standard powrócił silnik V8 o pojemności 401 in³ (6,6 l) – jak to brzmi!

Brzmi, wygląda, spala… wrrrr…..

Imię

Nad moim imieniem rozprawiała cała rodzina. Babcie, dziadkowie, ciocie i wujkowie. Już sobie to wyobrażam… urodziłam się brzydka 🙂 naprawdę 🙂 chuda, czarna i pomarszczona… zastanawia mnie do dziś, dlaczego tyle osób pochyliło się nad wyborem mojego imienia… Bo nie byłam pierwszym dzieckiem w rodzinie. Ani długo wyczekiwanym.

Mama miała gorączkę, nie wspomina tego miło. A w domu walka o wybór imienia. Padały różne propozycje, na przykład Lidia.

W końcu wygrał tata- bo byłam jego pierwszą córką.

Wygrał, pobiegł do Urzędu Stanu Cywilnego i przypieczętował zwycięstwo. Nie rozumiem jednak, dlaczego w dowodzie osobistym taty zostałam wpisana, jako „syn”… dopiero potem przekreślono i napisano „córka”.

Imię mam niepopularne. Choć ostatnio spotkałam swoją imienniczkę. Dzięki imieniu jestem zapamiętywana wszędzie tam, gdzie się pojawię.

Dopiero, kiedy byłam dorosła, zapytałam mamę, skąd to imię.

Tata wymyślił, bo w mieście była pani fotograf, której imię wpadło tacie w ucho.

Ostatnio zapytałam w mieście o panią fotograf, zapomniałam jej nazwiska, ale wystarczyło imię. Pani fotograf nadal cieszy się dobrym zdrowiem 🙂

Tym samym zamykam konkurs…. pozostał nierozstrzygnięty.

Związek

Żonaty mężczyzna woli romans ze szczęśliwą mężatką. Tak słyszałam. Podobno nie należy obawiać się, że ona porzuci męża, a i w sypialni jest przyjemniej…

Czy szczęśliwa mężatka ma wtedy ochotę na romans?

A kobiety? Czy wolą romans z mężczyznami wolnymi, czy z żonatymi?

Wchodząc w romans z mężczyzną, który nie jest uwikłany w żaden związek jest łatwiej. Można do niego zadzwonić o każdej porze… Czy jednak będąc jego kochanką, a nie dając mu nadziei na nic więcej, nie rani się go mocniej?

Na bloxie czytałam jego listy do niej. Próby spotkań i powrotów. Ciekawe, jak potoczyła się dalej ich relacja… On wolny, ona w związku. On pełen bólu, ona nieobecna.

Będąc w relacji z żonatym mężczyzną chyba nie uniknie się porównań do niej. Jeśli jest lepsza, zastanawiamy się, dlaczego wybrał mnie. Jeśli jest gorsza, to czy on zbyt surowo nie ocenia kobiet?

Co, jeśli jesteśmy podobne. Ja i ona.

Wysłałam do niego zasuszony liść z naszego spotkania. Teraz wiem, że ona też lubi liście…

piątek

Piątek popsuł mi się wraz z wejściem pod hotelowy prysznic. Wieczorem prysznica nie przetestowałam, a rano… Rano okazało się, ze odpływ nie odbiera wody z brodzika. Brodziłam więc w tym, co się w brodziku zebrało. Miałam wrażenie, ze piany zrobiło się więcej, niż mogłam sama wytworzyć.

Do otwartego odpływu w umywalce o mały włos, a wpadłoby mi opakowanie z soczewkami. Klucz francuski wypakowałam, bo walizka zdawała się być zbyt ciężka, jak na jeden dzień pobytu poza domem. Gdyby wpadły, miałabym duży problem…

Jajecznica na śniadanie mi nie smakowała. Dopóki jednak czuć w ustach smak jedzenia – jest dobrze. Nie mogę więc narzekać. Ze śniadań hotelowych będę musiała zrezygnować. Drażni mnie dotykanie tych samych rzeczy, których dotykali wcześniej inni – uchwytów, przycisków, itd…

Kawa nie podnosi ciśnienia. Dopadają mnie smutki naprzemiennie z bólem głowy. Niemożliwe, że pominięcie jednej tabletki na noc powoduje od razu brak chęci do życia. Niemożliwe! Strasznie mnie to wszystko już wkurza (nienajlepsze słowo, ale jestem zdenerwowana). Stała walka z nastrojami, ciągłe udowadnianie sobie, że nie jest źle, strach przez pogorszeniem, budowanie woli walki do życia, do odnajdywania tego, co pobudza do działania, do uśmiechu, do radości. Nie pokazywanie na zewnątrz, ze mam dość. Walka z nadmierną sennością. Stałe poszukiwanie problemu, ze może to serce, a może tarczyca. Naprawdę tak trudno jest po prostu żyć?

Przecież nic się od wczoraj nie zmieniło… Nie wydarzyło się nic, co mogłoby wpłynąć na pogorszenie nastroju. Rozmowa z prezesem przebiegła OK, obiad wczorajszy był dobry. Jestem po kilku dniach odpoczynku nad morzem. Spałam spokojnie. A jest mi źle…i tak od kilku już lat…

Pokój 26

W pokoju nr 26 uszkodzona jest roleta. Nie można zasłonić okna.

Można:

  • Rozbierać się przy zapalonym świetle i uprawiać większy ekshibicjonizm, niż na blogu,
  • Rozbierać się przy zgaszonym świetle, ale nie ma wtedy zabawy.