uczta

Święta coraz bliżej. Sił coraz więcej. Rozpoczęłam więc poszukiwania przepisu na świąteczne wypieki. Swoje pierwsze kroki skierowałam do Marzi, lubię jej zdjęcia. Sami popatrzcie na jej pierniczki…

Zanim jednak dotarłam do tego przepisu, zerknęłam na kilka innych – na przepis na gorącą czekoladę, rozgrzewające napoje i na kolację dla dwojga…

Moje myśli pobiegły do tego, za którym tęsknię. Wyobraziłam sobie, że jestem przez niego częstowana czekoladowym kremem ze śmietanką. Siedzimy razem, rozkoszujemy się swoją obecnością, tulimy się do siebie i rozpieszczamy podniebienia…

Zastanowiło mnie to, że w myślach jestem nastawiona na branie. Do tej pory, wydaje mi się, byłam nastawiona na dawanie, nie oczekując niczego w zamian… Wzięłam do ręki telefon i napisałam do niego:

Kiedy myślisz o mnie to:
A) marzysz o tym, że coś Ci daję,
B) wyobrażasz sobie, że Ty mi coś dajesz?

Okazało się, że każde z nas myśli o tym, że coś dostaje. Houston, mamy problem! Ale może to tak jest w marzeniach utkanych z tęsknoty, że pragnie się być rozpieszczanym…

W załączniku wiadomości otrzymałam zdjęcie upieczonych właśnie przez niego piernikowych serc…

***

W zastępstwie – uczta kinomana. Przypadkiem trafiłam na film „Księgarnia z marzeniami” z 2017 roku.

Film o miłości, odwadze, a także o tym, jaką rolę inni odgrywają w naszym życiu i o tym, że my też możemy wpływać na życie innych. W jednej z recenzji przeczytałam, że: „Gdyby ‚Księgarnia z marzeniami’ była sokiem owocowym, to powiedzielibyśmy, że jest produktem ekologicznym, bez konserwantów i dodatku cukru.” Poza tym przyciągnął mnie Bill Nighy.

Księgarnia z marzeniami, sobota, 5 grudnia 2020, godzina 14.20 w Ale kino+

lalka dobrych intencji

Już dawno temu obiecałam wpis dotyczący motanek. W międzyczasie doświadczyłam różnych zawirowań życiowych, wirusów oraz braku natchnienia.

Pomyślałam, że dziś jest dobry dzień na taki wpis z uwagi na fazę księżyca i depczący już po piętach grudzień 🙂 Dzisiejsza pełnia nazwana została przez Indian Pełnią Bobrzego Księżyca. Rolnicy z kolei nazywają ją Pełnią Mroźnego Księżyca, ponieważ szczególnie wtedy we znaki dają się jesienne mrozy. Zwiastują one też koniec prac na polach. Jak napisała Basia (@stopociechblog ), warto teraz marzyć i projektować zmiany.

Przełom listopada i grudnia to dobry czas, by werbalizować własne marzenia. A zatem moje drogie wiedźmy, wróżki i czarodziejki – pomyślcie o laleczce mocy dla siebie lub bliskich.

O motankach mogłabym pisać bez końca. Polubiłam je odkąd o nich usłyszałam. A może właściwie od momentu, w którym stworzyłam swoją pierwszą lalkę. To naprawdę wielka frajda dla małych i dużych. Wymaga minimum zdolności manualnych, bo lalkę tworzy się bez użycia igły, nawet nożyczki nie zawsze są potrzebne. Najważniejsze są chęci, intencje, własne marzenia lub chęć spełnienia marzeń innych. Jedyny problem, jaki możemy napotkać to taki, że nasza lala będzie kaprysić i wybierać materiały, których wcale nie braliśmy pod uwagę podczas zabierania się za projektowanie stroju.

Szukałam w sieci filmów instruktażowych, żeby podpowiedzieć Wam, jak samemu je stworzyć. Pomyślałam, ze najbardziej zbliżony warsztat tradycyjnych sposobów tworzenia lalek jest udostępniony przez Portal Informacji Kulturalnej Województwa Świętokrzyskiego. Natomiast tutaj można poczytać o różnych rodzajach lalek, na dole strony jest też kilka odnośników, gdzie można zgłębić temat. Ważne w lalkach jest to, by nie miały twarzy.

Szukając informacji o lalkach, natknęłam się na twórczość Marty Pitchuk, która motyw motanki przeniosła na płótna. Jej prace bardzo mi się podobają.

https://mir-s3-cdn-cf.behance.net/project_modules/max_1200/5f4f3969672421.5d8ce04194e69.jpg
pobrano ze strony: Marta Pitchuk on Behance
Мотанка в сардаці. Гуцульщина / Motanka in sardak. Hutsul region
Oil on canvas
95 x 70 cm
2017

Zrobiłam tylko kilka lalek w życiu, nie mam więc praktyki. Nie dam Wam zatem konkretnego przepisu, ale jeśli lubicie podziałać manualne, to zachęcam do zabawy. Wystarczy kilka szmatek, sznurków, wstążek i nici. Zaczarujmy ten czas dla nas lub dla innych!

ziarnuszka

Ozdrowieniec

Od jutra mamy w rodzinie pierwszego ozdrowieńca. Mąż bohatersko opuszcza domowe pielesze i udaje się do pracy.

Po wielu dniach ciszy, cały wczorajszy dzień słuchałam o jego życiu zawodowym.

Dziś dla odmiany od samego rana dobiega mnie jedynie odgłos golarki. Najpierw było skrócenie zatostu, potem modelowanie i długotrwałe przeglądanie się w lustrze, w końcu całkowite usunięcie.

Boję się swojego powrotu do świata żywych…

Koniec kwarantanny już blisko

Nie jestem przywiązana do telefonu, ale ponieważ miałam w nim aplikację Kwarantanna- nosiłam go ze sobą po domu, żeby zrobić zdjęcie w ciągu 20 min od komunikatu.

Mojego zdjęcia nie chcieli do wczoraj, kiedy to pomiędzy powiadomieniami, niepostrzeżenie wkradł się dźwięk Kwarantanny. Nie zauważyłam, więc po 20 minutach musiałam ukazać się dzielnicowemu, który zadzwonił do mnie i poprosił, bym do niego pomachała, bo właśnie stoi pod moim domem.

Ja się jednak nie nadaję do sterowania zdalnego. Nie pamiętam o obowiązkach, nie zwracam uwagi na powiadomienia, SMS odnajduję przypadkiem (dziś np. Ministerstwo Zdrowia poprosiło mnie, żebym skontaktowała się z lekarzem rodzinnym). Natomiast często szukam swojego telefonu- w momencie, kiedy muszę zadzwonić.

Kwarantanna niebawem się skończy, a ja nadal nie czuję się dobrze. Do tego wciąż jestem zmęczona chorobą… kilka dni i nocy z wysoką gorączką i bólem głowy nie odeszło całkiem w zapomnienie.

Procedura

W telefonie wyświetlił się nieznany numer telefonu – 222571145. Warszawa? Odebrałam i usłyszałam automat. Już miałam rozłączyć, ale nie usłyszałam kluczowej kwestii „czeka na panią wygrana” lub choćby słowa klucze „kołdra”, czy „garnki”. Jeszcze raz przyłożyłam ucho do telefonu i zorientowałam się, że to SANEPID. Wysłuchałam informacji o kwarantannie i o OBOWIĄZKOWEJ aplikacji Kwarantanna Domowa. Do tej pory żyłam w przeświadczeniu, że nie jest ona obowiązkowa… ale skoro policja bacznie śledzi każdy mój ruch- wgrałam.

Syn zrobił nam selfie, które zostało zakwestionowane. Widocznie nie przechodzą dwie pary oczu. Wysłałam kolejne i poszłam na drzemkę.

Głowa bolała. Wzięłam tabletkę, pomęczyłam się, usnęłam i usłyszałam komunikat aplikacji. Jednym okiem odczytałam, że mam 20 minut na zrobienie selfie. Wkurzona tym, że mój sen został przerwany, zapaliłam lampkę, pstryknęłam od niechcenia. Mój palec zatrzymał się chwilę przy pytaniu z aplikacji „czy chcesz zmienić zdjęcie?”.

No, modelką nie zostanę- pomyślałam- a jeśli tam, po drugiej stronie jest ktoś, to niech ma, co chciał. W końcu nie robię fot na Insta. Chora jestem.- klik i zdjęcie przesłałam.

I tak sobie myślę, że chyba było zbyt drastyczne, bo operator aplikacji już nie chce więcej moich zdjęć… już mnie nie chce widzieć, już go nie interesuje, czy jestem, gdzie jestem… porzucił mnie, a ja nadal nie rozstaję się z telefonem, bo może jeszcze zadzwoni…

Gorączka

Pani Salmiakowa bardzo nie lubi mieć gorączki, bo wysoka temperatura odbiera jej urodę, ale także i rozum. Musiała jednak Pani Salmiakowa udać się na zbiorowe oddawanie bakterii i wirusów z nosa metodą drive thru.

Wiedząc, że kwarantannę może przerwać jedynie w celu udania się na wymaz, wsiadła do swojej Fabienne i pojechała na umówioną godzinę do punktu pobrań.

Wjechała Pani Salmiakowa w zapomnianą w mieście ulicę jednokierunkową, przy której świecą pustkami budynki, w których w zamierzchłych czasach świadczone były usługi ochrony zdrowia i zdumiała się na widok kolejki aut czekających do oddania próbki. Stanęła w ogonku, włączyła muzykę, wyłączyła światła, podkręciła ogrzewanie i patrzyła w lusterko wsteczne licząc auta, które przybyły po niej.

Minęło 20 minut i Pani Salmiakowa już stała na samym początku kolejki. Wyłączyła Pani Salmiakowa muzykę, przygotowała dowód i długopis, ale kątem oka zauważyła, że samochód policyjny zrównał się z jej Fabienne i zatrzymał się blokując przejazd.

Pani Salmiakowa pomyślała, że policja namierzyła jej auto i chce ją ukarać za opuszczenie domu objętego kwarantanną, no ale Pani Salmiakowa jest na prawie, bo na wymaz przecież mogła się wybrać. Policjanci opuścili szybę w aucie i do tego samego nakłonili Panią Salmiakową. Niechętnie – bo wirus i zimno, ale Pani Salmiakowa opuściła szybę w bocznych drzwiach.

-Czy pani tu na kogoś czeka? – padło pytanie z radiowozu.

W tym momencie Pani Salmiakowa zaczęła bardzo mocno analizować zadane jej pytanie. Ponieważ nic nie przychodziło jej do głowy – pokazała palcem wycofujący z podjazdu przed nią samochód i ochrypłym głosem powiedziała „Tak, czekam na wymaz.”

-A, to tu się robi wymazy – odchrząknął policjant.

-No tu… – przewróciła oczami Pani Salmiakowa.

-A więc proszę pamiętać, że zabrania się zatrzymywania pojazdu na przejściu dla pieszych, co pani właśnie uczyniła. Pouczam panią, by pani tego więcej nie robiła i życzę miłego dnia.

Patrzyła Pani Salmiakowa na policjantów bez maseczek na twarzach i widziała, że nie żartują. Zerknęła Pani Salmiakowa na rozebrany chodnik po jednej stronie i na wymalowane pasy na drodze, z których na tej ulicy nikt nigdy nie korzysta, bo zwyczajowo chodzi się tu, jak po deptaku.

Pani Salmiakowa nie lubi mieć wysokiej temperatury. Zdecydowanie.

pociąg do czekolady

Odkryty został mój pociąg do czekolady. Słodka niespodzianka została zapowiedziana, a kolejne maile informowały szczegółowo o zbliżającym się terminie dostawy. Przez parę dni zastanawiałam się, co będzie skrywała w sobie przesyłka. Uwielbiam się tak niecierpliwić 🙂

Kurier dotarł w dniu, w którym… straciłam węch i smak… ! Początkowo myślałam, że spokojnie zaczekam z degustacją, ale torcik wyglądał tak pięknie, że nie mogłam się oprzeć 🙂 No po prostu nie mogłam, choć strasznie szkoda mi było niszczyć to rękodzieło. Schrupałam, ale kawałek zostawiłam na lepsze czasy.

Sponsorem słodkich dni jest Starszy Wajchowy- Dziękuję 🙂

Niepodległość

Słyszałam, że mamy nowego bohatera narodowego, który w łódzkim szpitalu, w izolatce covidowej, będąc podłączony do tlenu – odpalił papierosa…

A ja, w związku z dzisiejszym dniem wolnym, stwierdziłam, że straciłam w pracy niepodległość i serce do firmy… Przegrałam, o czym świadczy dzisiejszy silny ból głowy i to, że zamiast odpoczywać- przeleżałam w łóżku.

Można rzec- to tylko praca. Dla mnie to był drugi dom. Z Wysoko Postawionym zaczynamy jakąś cichą walkę i w dodatku nie wiem jakie są zasady, nawet pionka do rozgrywki nie dostałam. A nie mam sił, ani ochoty by wracać do tego, co było…

W dodatku im więcej myślę o odejściu z firmy, tym bardziej mi szkoda. Z drugiej strony to nic nowego. Tylko czas na to nieodpowiedni…

××××××××××××××

Poniżej zamieszczam stary wpis. Może dlatego, że wczoraj dzwonił do mnie KK. Mój były kolega biurkowy.

×××××××××××××

-Saaaaaaaalmiaaaaak! Możesz podejść?!- kiedy podnosiłam poranny kubek espresso usłyszałam krzyk z norki Wysoko Postawionego.

-Tak? – zapytałam z uśmiechem, choć wiedziałam już, że ten dzień nie będzie należał do najprzyjemniejszych…

– Co to do jasnej *** jest? (***) – potem nastąpiła dynamiczna wymiana zdań, przenoszenie teczek z biura do biura, jednostronna wymiana uśmiechów, która trwała prawie cały dzień.

Gdyby nie to, że sprawy rozwiązywane były po mojej myśli, pewnie opadłabym z sił. KK podszedł do mnie i poklepał mnie po ramieniu zadając pytanie:

– O co mu chodzi?

– Nie wiem, ale chyba się zakochał. – odparłam i wybuchnęliśmy śmiechem.

Zastanawiałam się, w jaki sposób mogłabym zwrócić Wysoko Postawionemu uwagę, by przystopował. Był, jak tykająca bomba. Nie wiedziałam, co było powodem jego zachowania.

Pod koniec dnia pracy zaparzyłam sobie kolejny kubek espresso. Usiadłam w końcu przy swoim biurku. Słyszałam,jak Wysoko Postawiony podchodzi do ekspresu. Najpierw usłyszałam syk i niecenzuralne słowa w stronę ekspresu, potem niecenzuralne słowa w stronę lodówki i trzask drzwiczek oraz rzucona energicznie do zlewu łyżeczka i niecenzuralne słowa w stronę zlewu.

Tak… kawa podnosi ciśnienie… zwłaszcza, jeśli chce się napić z ekspresu porządnego kubka kawy, a nalewa się kapka. W dodatku wiadomo, kto ten ekspres przestawił, bo tylko jedna osoba pije małą kawę w tej firmie… nie wiadomo jednak, w jaki sposób udało się jej przeprogramować ekspres…

Jeśli on sobie nakapał z samego rana cały kubek składający się z kilku espresso, to wcale się nie dziwię, że atmosfera przez cały dzień była gorąca…

Słyszy się w firmie, że kiedyś wykończę Wysoko Postawionego…

Jestem niewinna.

××××××××××

Tym razem on wykończy mnie….

Słodko

W sklepach artykuły, które pojawiają się w okresach bożonarodzeniowych. Marcepan na różne sposoby, suszone śliwki, pierniki i zimowe czekolady. Och…jak ja w tym okresie muszę ze sobą walczyć robiąc zakupy 🙂

Na regale znalazłam też różową czekoladę. O ile 3 lata temu, kiedy po raz pierwszy o niej usłyszałam, byłam pewna, że się na nią skuszę- dziś nie zdecydowałam się na zakup.

Znalazłam za to słodkości od Ceramika- wywołują uśmiech 🙂

Ceramiku- wygląda na to, że mieszkasz w raju 🙂

Przesyłka

Pakowałam dla niego prezent. Napisałam list. Potem jeszcze drugi. Miałam ochotę usiąść i zapełnić zapiskami cały notes. Papier. Taśma. Koperta.

Krem do rąk z mojej torebki dorzuciłam w ostatniej chwili, bo ostatnio narzekał na szorstkie dłonie. Pomyślałam, że cząstka mnie powędruje do niego zamknięta w tej tubce. Przecisnę się niepostrzeżenie. Przez moment zajmę jego dłonie. Będę w nich przez chwilę, kiedy odkręci tubkę, rozsmaruje krem i poczuje delikatność, ciepło i zapach jeżyn z wanilią.

A potem się ulotnię…

a premier powiedział

W pracy jakby wszystko zbiegło się w jednym momencie – zwiększone procedury związane z Covid, zmiana biurka, wprowadzanie JPK Vat, do tego Pracownicze Plany Kapitałowe, goście z zagranicy, aktualizacja Symfonii i masa błędów nowej wersji oprogramowania, zestawienia, które nie szły, jak powinny, kontrola, która potrwa do grudnia, rekrutacje, itd.itd, duże tempo, stres…. żyłka mi poszła, temperatura ciała wzrosła do 37, prąd mi odcięło… Depresja odezwała się silniej, niż kiedykolwiek.

Zasypiałam z wyrzutami sumienia, że tak nie można – bo mogę prędko nie wstać. Zasypiałam siedząc, bo bałam zamknąć się w sypialni. Wieczorami siedziałam i myślałam o tym, że z chęcią wypiłabym lampkę, dwie, ba! butelkę wina. Albo najlepiej coś mocniejszego, by wyłączyć myślenie. Ale nie dość, że nie jestem w stanie przyjąć większej ilości alkoholu, to w dodatku nie można pić biorąc leki. Minimalnie zwiększyłam dawkę leków. Potem beczałam. Pierwszy raz w życiu beczałam co wieczór. A potem wkurzyłam się maksymalnie na chorobę, a ponieważ premier powiedział, że ci, co mają w sobie złość powinni zostać w domu – zadzwoniłam do pracy i powiedziałam, że biorę urlop z uwagi na temperaturę 37 stopni Celsjusza.

W pierwszym dniu miałam maile z życzeniami powrotu do zdrowia. W drugim pytania z księgowości, w trzecim doszły telefony i maile kadrowe, potem jeszcze bank, w efekcie jutro muszę (nie wiem czy muszę, czy bardziej chcę) jechać do pracy.

Tymczasem w domu przygotowania do Święta Zmarłych, które zostały odwołane, zdalne nauczanie, które zostało wcielone w życie i mąż, który wymyślił remont.

Ze zniczami nie zdążyłam, ale ponieważ na cmentarzu jestem bardzo często – wiedziałam, że stoją tam chryzantemy i pali się światełko.

Jeszcze poprzednie prace nie zostały dokończone, a mąż wymyślił zmianę blatu w kuchni, zlewu, baterii, kanapy w salonie i paneli podłogowych i kiedy dowiedział się, że stare trzeba zrywać – zrezygnował z kupna paneli, kanapy już też mu się wymieniać nie chce, bo starą ktoś musiałby odebrać, ze zlewem poszło mu gładko, stara bateria nie jest taka zła, a blat wybraliśmy po ciemku…

Ale nie obyło się bez telefonu „Kotuś, za godzinę przyjedzie majster i doklei płytki w łazience.” Na co ja ze spokojem odpowiedziałam tym razem „To świetnie, mam nadzieję, że wrócisz do domu, bo ja wychodzę”. Wyszłam z siebie, bo na dalszy spacer nie miałam sił…a majster…do dnia dzisiejszego nie doszedł…podobno dotrze jutro.

Musiałam rano wstać, podłączyć sprzęt dla jednego i dla drugiego syna ( bo o ile podłączenie rozmontowanego w nerwach XBoxa jest opracowane do perfekcji i zajmuje synom 1,5 minuty – o tyle włączenie laptopa i aplikacji, z których korzysta szkoła jest wysoce problematyczne), musiałam zrobić śniadanie…

A w międzyczasie podsłuchiwałam nauczycieli synów. I tak, podczas robienia śniadania dla siebie, weszłam na lekcję polskiego w klasie czwartej. Pani opowiadała o ó i u, a rozwiązując jedno z zadań tłumaczyła -” Dzieci – w tej grupie macie podane trzy czasowniki i jeden rzeczownik. Co tu nie pasuje? No nie pasuje rzeczownik „krój” bo inne to są czasowniki, dlatego piszemy krój przez ó zamknięte. Krój to jest wtedy, kiedy krawcowa, albo szewc sobie przygotowuje taką formę i potem z jej pomocą szyje. Więc zapiszcie: nie pasuje krój, bo to rzeczownik. Krój bo dwa kroje„. O! ciekawe…. Przysiadłam z kubkiem kawy obok syna. Matko, jak mój syn bazgroli! Rety, jak te dzieci nie boją się wyciszać głosu nauczyciela? Bosz….żeby pisać na czacie lekcji prywatne wiadomości i to bez znajomości polskiego? Żeby dyktowanie nauczycielki szło sprawniej – zaczęłam wszystkim uczestnikom czatu pisać to, co mają przepisywać (bo nauczycielka jeszcze o czacie nie miała pojęcia).

Jej, co tak śmierdzi??

-Matko! – wybiegłam z pokoju – synuuuu! – wołam w kierunku starszego, który siedział w drugim pokoju – czy ci covid węch i wzrok odebrał? – dobiegłam do kuchni i wyłączyłam gaz pod spalonym na węgiel czymś, co miało być lekko ściętym sadzonym jajem na moje śniadanie. Otworzyłam okna, wywaliłam węgiel i wróciłam do syna krzycząc – powąchaj jakieś perfumy i sprawdź, czy czujesz, bo dziadek stracił węch i smak. Za chwilę okazało się, ze owszem – starszy syn czuje, a moje perfumy tak mu się spodobały, że wąchał kilka razy…. Otworzyłam okno także w jego pokoju. Należy wietrzyć pomieszczenia – premier się nie mylił.

Religia w siódmej klasie mnie pochłonęła i zdumiała, a na religii w klasie czwartej chciałam zabrać głos, ale się powstrzymałam. Geografia była fajna, bo temat był o morzu, ale kiedy zabraliśmy z synem głos pan nauczyciel stwierdził, że syn się nie wyspał. Musieliśmy wysłać mu link, by doczytał, że się nie pomyliliśmy… Matematyka przyjemna, mogłam wypić spokojnie kolejną kawę zarówno u jednego, jak i u drugiego syna. Imiesłowy musiałam tłumaczyć równolegle z nauczycielką. Ale opór na języku niemieckim mnie znowu osłabił.

Obiad był ze słoik, bo nie zdążyłam. Na deser jabłka, bo premier mówił, że trzeba jeść. I dystans koniecznie – dlatego jadę jutro do pracy.

Jest

Czasem męczy mnie sen: uciekam przed czymś strasznym (jestem chyba w czarnym lesie), nogi mi się zapadają w grzęzawisku, nie mogę biec, ani krzyczeć. Moja czasoprzestrzeń jest spowolniona i wygłuszona. To, co dzieje się obok pędzi i jest hałaśliwe. Sen nigdy nie ma końca- wybudzam się zlana potem i zmęczona. Nigdy we śnie mnie nic nie zjadło, nie zabiło, nie skrzywdziło – tylko ta niemoc jest przerażająca.

Dziś obudziłam się z podobną myślą. Że nie mam siły brać udziału w gonitwie, ani nawet wołać o pomoc. Sprawy nabrały takiego rozmachu, że wiem, że tylko sekundy zawahania się zaważą o tym, czy przekroczę deadline, czy nie.

Ta sytuacja jednak nieco się różni od tej ze snu. Jest bardziej podobna do tej, jaką pamiętam z wypadku autobusowego.

Jadąc autobusem często myślałam o tym, by stanąć tak, aby w momencie ostrego hamowania nie upaść. By nic nie spadło mi na głowę. By sprawdzić, czy jest młoteczek do awaryjnego wybijania szyby. Aby nie blokować sobie rąk, tylko ich użyć w odpowiednim momencie do przytrzymania się, odepchnięcia czy osłonięcia twarzy.

Tamtego dnia usłyszałam kierowcy „Jezu, ludzie!” i ze spokojem przyjęłam, że to pewnie koniec. Nie zrobiłam nic, ale też nic mi się na szczęście nie stało (a pani na siedzeniu obok nie miała już takiego szczescia).

Teraz też nie mogę raczej nic zrobić.

Dziś rano przeczytałam ” Pewnie nie wiesz, że potrafię podróżować w czasie. Głównie pojawiam się w przeszłości, ale tym razem odwiedziłem to, co dopiero przed nami. Muszę Cię uspokoić, tam się nic złego nie dzieje.” I świat jakby wyhamował. I poczułam spokój.

Usłyszałam, że mąż smaży coś na śniadanie w kuchni. Leżałam jeszcze w łóżku. W mojej rodzinie liczba chorych na wirusa- 4. Najgorzej czuje się osoba najmłodsza, a najstarsza, która miała kontakt jest zdrowa. Zmierzył temperaturę- od wczoraj nie odpuszcza 37.0 I nagle zastanowiło mnie, dlaczego nic nie czuję? O matko! Wbiegłam do kuchni- nic ze smażonych przez męża pieczarek nie czułam. Usiadłam i zaczęłam myśleć co teraz. To nie czas na chorowanie. Wzięłam kawałek czekolady z malinami i kawałkami lukrecji- brak smaku to będzie ostateczny cios. Czekolada rozpuszczała się w ustach, lukrecja strzelała w zębach, a na twarzy pojawił się znowu uśmiech. Jest smak!

Wszystko będzie dobrze!

I to w piątek…

Wstałam i pomyślałam:

I to była ostatnia przyjemność

Potem wszystko potoczyło się lawinowo. Wpadłam w wir pracy i…problemów. Przed 10.00 przypomniałam sobie, że jeśli nie kupię kury na rosół natychmiast, to dopiero po 12.00. Pojechałam autem 100 metrów dalej, wbiegłam do sklepu, wybiegłam z kurą pod pachą i ta przyjemność kosztowała mnie 90 zł za brak pobranego biletu parkingowego. Dziad parkingowy widział mnie pewnie, bo moja operacja trwała jakieś 5 minut… Teraz pozostaje mi pisać list błagalny do Warszawy, na Rondo ONZ…

Mama zadzwoniła z informacją, że mają z tatą koronawirusa. Tata stracił węch i smak. Zadzwonili do przychodni, w której jest tylko pielęgniarka. Lekarza nie ma. Żadnego. Kazali dzwonić do SANEPIDU. W południe zadzwoniła do nich kuzynka, która już dostała pozytywny wynik testu. To najprawdopodobniej ona, kiedy jeszcze nie miała objawów i o niczym nie wiedziała, zaraziła rodziców.