Kobieta

Ktoś gdzieś zobaczył jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie.

Zastanowiłam się nad tym, czy ta kobieta zdawała sobie sprawę, że została dostrzeżona i uznana za najpiękniejszą…

Pomyślałam, że być może z tymi kobietami jest tak, jak ze spadającymi gwiazdami… Każda spadająca gwiazda sprawia, że wstrzymujemy oddech, na chwilę. Pamiętamy do czasu, aż zobaczymy następną…

Usłyszałam dzisiaj: „będę o Pani pamiętał”. Uśmiechnęłam się. Nie wiedział, że zgasnę… Nie powiedziałam mu. Niech pamięta…

Przyjemnie jest być kobietą…

Lady in red

Coś w duszy gra

Polubiłam ten utwór, choć nie jest tym, czego szukam. Wsłuchuję się w niego raz po raz próbując ogarnąć chaos rozbieganych nut po pięcioletni. Potrzebuję czegoś czystego i poruszającego. Chyba muszę odwiedzić filharmonię.

Ta w Szczecinie jeszcze mnie nie zawiodła, ale podobno lepszych doznań można uświadczyć w Katowicach. Tylko czy moje ucho dostrzeże różnicę?

Szkoda, że instrumenty mnie nie słuchały, kiedy próbowałam na nich grać…

Lustro

Spojrzałam w lustro i już któryś raz z rzędu przyłapałam się na myśli o starzeniu się…

Pamiętam, że moją mamę ta myśl dopadła wcześniej. Tuż po czterdziestych urodzinach. Stała przed lustrem i mówiła do siebie na głos, że ta długość spódnicy już jej nie pasuje, że siwe włosy, które zaczęły się u niej pojawiać, jak grzyby po deszczu to jakaś katastrofa, że paleta cieni, którą wówczas dostała od taty jest dla młodych.

Stałam obok i słuchałam. Patrzyłam na jej odbicie w lustrze i nie wierzyłam, że to, co mówi, mówi szczerze.

Moja mama właśnie przekraczała niewidzialną, wyimaginowaną i niepojętą dla innych granicę.

Do dnia wczorajszego niepojętą przeze mnie.

Dzisiaj zaczęłam starzeć się szybciej, niż wczoraj. Jestem starsza od zapamiętanego odbicia mamy w lustrze.

Zrozumiałam.

Teraz muszę zapytać mamę, co robić, by jak ona, z każdym kolejnym dniem stawać się coraz młodszą, zanim zestarzeję się na dobre…

…bo lustra zmieniam, ale one wszystkie kłamią…

Droga donikąd

Agajoz udostępnionym utworem wywołała u mnie burzę wspomnień…

Piąta, etap, droga, most, kozaczki, m.b.

Piosenkę przypięłam sobie do pewnego mroźnego poranka, niemalże rok temu.

Piąta rano. Wzburzona jeszcze złapałam oddech dopiero przechodząc przez środek rozświetlonej stacji benzynowej, na której o tej godzinie życie zaczynało już swój normalny rytm… Wyglądała pośród nocy, jak prom kosmiczny. Normalnie mogłabym kupić tam kubek gorącej kawy. Ale nie było normalnie.

Potem most nad rzeką. Pamiętam, że przystanęłam na moście na chwilę i spojrzałam w gwiazdy z wymalowanym na skroni pytaniem „serio?”. Musi być, jak w filmie i tych wszystkich książkach? Potem spojrzałam w dół. We wstążce wody malował się już powoli nowy dzień. Uległam zachwytom. Pozwoliłam łagodnie poprowadzić się na drugi brzeg rzeki.

Fragmentarycznie miasto zaczynało budzić się do życia, więc i mój oddech był spokojny. Czasem mijałam kogoś w kapturze i zadawałam sobie pytanie, dlaczego ja nadal jestem nierozsądna? Bardzo wczesny poranek, na pograniczu nocy, dodawał mi sił, by poukładać rozsypane myśli. Było za wcześnie na to, by brać taksówkę. Podając cel wędrówki nie uniknęłabym być może niepotrzebnych pytań.

Idąc na skróty czułam, że te moje nowe kozaczki na to nie zasługują. Nogi, po przejściu sześciu kilometrów miały juź dość. Głowa była jednak przewietrzona, płuca dotlenione, serce podziękowało za motywację do pracy i tylko myśli skierowały mnie do automatu z kawą. A m.b.? Zawsze miał swoją wersję wydarzeń 😉

A teraz? Teraz to jest teraz.

Dziś rano jednak inna sfera życia spędzała mi sen z powiek. Poczułam, że nadal stoję na drodze donikąd, pośrodku mostu. Każdy mój kolejny krok sprawia, że oddalam się od jednego brzegu, nie widząc jednak, co jest po drugiej stronie. Po drodze nie ma miejsca na zachwyty, na nadzieję, na wyrównanie oddechu. Na razie, na moście, panuje noc, a w tle słychać tykanie zegara… A ja zdaje się utknęłam… Metaforycznie zrzuciłam wczoraj te kozaczki w cholerę.

– Sam sobie je noś!- rzuciłam w stronę męża trochę innymi słowami, nie oczekując odpowiedzi, po czym wyszłam.

Ktoś mi kiedyś powiedział ” jak nie umiesz jeździć na nartach, to przynajmniej dobrze wyglądaj na stoku”. Wyciągnęłam skórzane kozaczki na obcasie i zajęłam się ich pastowaniem. Zapowiadają zimne poranki…

próba sił

Pora obiadowa i prosty plan.

Wsiąść w auto, pojechać do restauracji na obiad. Zjeść tam drugie danie, a zupę zabrać na wynos. Jeśli zupy nie uda mi się zjeść następnego dnia, chętnie zjadają ją pracownicy.

Podjechałam. Wysiadłam. Kliknęłam pilota, by zamknąć zdalnie auto, a wraz z kliknięciem pojawił się obok mnie mężczyzna.

– Pani Kochana, Pani się na momencik zatrzyma i posłucha. Bo my nie chcemy pieniędzy ani nic nie chcemy. My się pogubiliśmy i jedziemy do Kłodzka, tylko nie mamy pojęcia, jak się tam dostaniemy…- zagadał mężczyzna.

No Panie, ja też pojęcia nie mam– prowadziłam wewnętrzny dialog, bo mężczyzna miał jasno zarysowany plan i nie dopuszczał mnie do słowa.

-Pani Kochana, jakby Pani tak zorganizowała mojej żonie jakąś zupę, bo żona głodna – wskazał na kobietę siedząca na ławce.

Oj, Pani, Pani to rzeczywiście przesadziła – rzuciłam szybko wzrokiem na kobietę w pełnym makijażu, która roztrzęsioną dłonią usiłowała trzymać w ustach papierosa.

Poszłam w stronę restauracji. Zastanawiałam się, czy ja w ogóle odezwałam się do mężczyzny słowem, czy tylko niewerbalnie dałam znak, że rozumiem? Bo cały czas mnie zastanawiało, skąd on wiedział i czy rzeczywiście mógł wiedzieć, że zupę będę miała w drodze powrotnej, idąc do auta… W restauracji zjadłam obiad patrząc na zupę w styropianowym pojemniku. Zupa, jak zupa. Dzisiaj ryżowa. Mogłabym im dać, podzielić się, poratować, nawet, jeśli historia o zgubieniu drogi jest prawdziwa, czy też nieprawdziwa… Ryżowa nie należy do ulubionych, choć mało kaloryczna, to dobrze dla mnie, dla nich gorzej…

Wczoraj było takie kazanie w kościele. O tym, że nie można być głuchym, że trzeba się dzielić, bo można znaleźć się w piekle. Przewracałam oczami na kazaniu ze zdumienia, jakie to historie mogą się przytrafić i że jak się już trafi poza bramy tego świata, to powrotu na Ziemię nie ma, by zmienić swoje zachowanie i odkupić winy.. i można się smażyć w piekle… A tu taka historia z zupą… Z moją zupą! Co robić…? Oddać zupę, dzieląc się z potrzebującymi, czy zostawić zupę na czarną godzinę, kiedy to ja jutro będę w potrzebie. Iść do nieba, czy smażyć sie w piekle i za jakie grzechy?

Miałam plan – upchałam styropianowy pojemnik z zupą w mojej damskiej torebce, przeszłam na drugą stronę ulicy, podeszłam do samochodu od tyłu i wsiadłam nie patrząc na mężczyznę. Udałam, że zapomniałam o zupie, bo przecież tak długo jadłam drugie danie, że zapomnienie przeze mnie było wysoce prawdopodobne. Odjechałam.

Dwa tygodnie temu, w innym miejscu, ale w tym samym mieście i też przy restauracji, podszedł do mnie mężczyzna i mówiąc biegle po niemiecku oznajmił, że ma euro, ale tylko bilon mu został i za mało, by sobie kupić cośtam (powiedział, ale wiedziałam, że chce piwo lub papierosy) i czy ja bym mu dołożyła. Też nie wiem, czy zdążyłam coś odpowiedzieć, czy tylko pokiwałam przecząco głową, kiedy to podszedł do mnie jego kolega i poprawną polszczyzną powiedział „Przepraszam Panią za kolegę, bardzo przepraszam”. Pamiętam, jak wsiadłam wtedy do samochodu i zastanawiałam się co mnie zdradziło lub co ich wprowadziło w błąd… i czy ja byłam na tyle niegrzeczna, żeby nic nie odpowiedzieć w żadnym języku?

Ostatnim razem dałam dziadkowi kasę, bo brakowało mu, by wykupić receptę. Nie wiem, co mu ten lekarz przepisał, ale dziadek nie przeżył takiej ilości alkoholu…

układ ciał

Pierwszy dzień jesieni sprawił, że jakaś siła spowodowała wybicie mnie z orbity, po której krążyłam od lat. Niby nic, niby jeden mail, niby normalny ciąg zdarzeń, niby brak pośpiechu i nienachalność oddziaływania na świadomość i zmysły… a jednak…

Tego dnia wszystko było inne… zapach świeżo skoszonej trawy w samym centrum wielkiego miasta. Wiewiórka, która zaczęła obserwować mnie, zanim ja zdążyłam zaobserwować ją. Kasztany w łupinach bez kolców, ogromne. Ścieżka wśród pokrzyw sięgających po pas. Jabłko, które Ewa otrzymała od Adama. Ławka w pełnym, jakby jeszcze letnim słońcu, a wkoło taka cisza i spokój, i tylko ruch uliczny nieopodal i przelatujące samoloty nad głową nasuwały refleksję o tym, że nadal znajduję się w pępku świata. Ziemia jakby zadrżała. A czas? Choć zdawało się, że było go niewiele – w przedziwny sposób rozciągnął się tak, by nakreślić pętlę.

Tego dnia układ ciał zmienił swoje położenie. Jedna z planet poruszająca się do tej pory po dobrze sobie znanej eliptycznej orbicie została z niej wyrwana przez oddziaływanie nieokreślonej siły. Być może była nią zwykła grawitacja, która jest mimo wszystko jedną z najsłabszych sił działających we Wszechświecie. Niewidzialna, zapomniana, nienamacalna, a jednak w skali czasu mogąca powodować zmiany w położeniu nie tylko drobnych przedmiotów, ale nawet ciał niebieskich względem siebie… Następstwem obrania nowego kierunku przez jedną z planet było przecięcie orbity z inną, a to doprowadziło do kolejnych zaburzeń… A jak wiadomo niewielka zmiana w trajektorii lotu może doprowadzić do katastrofy…

Tak więc lecę w nieznanym kierunku. Poruszyłam być może niepotrzebnie kilka strun jednocześnie, wywołując drgania i fale o różnych częstotliwościach. A teraz sama drżę i zastanawiam się, jak obejdzie się ze mną los… Bo jeśli nadal jestem kotem, to spadnę znowu na cztery łapy. Ale ile kot ma żyć…? Siedem, czy dziewięć? A może czterdzieści cztery?