Historia zaklęta w szkle

Podczas grawerowania i szlifowania brudzi się niemiłosiernie- pomyślał Marcin -Cierpliwością iście benedyktyńską trzeba się wykazać, aby wyczyścić te wszystkie szklane precjoza i stare drewno, na którym bez litości osiada kurz…- westchnął.

Wziął miękką szmatkę i detergenty, po czym zabrał się za czyszczenie witryny. Nie trwało to długo, gdyż dostrzegł coś, co sprawiło, że odłożył wszystko i skrył się za ladą, by w skupieniu poobserwować.

Po drugiej stronie ulicy nie działo się zazwyczaj nic ciekawego. Ot, sklep z dewocjonaliami, który przyciągał tłumy jedynie przed świętami kościelnymi.

Tym razem jednak po drugiej stronie ulicy stała dziewczyna. Jego uwagę przykuwało jej zachowanie. Miała w sobie coś z… wilka? Może ostrożność? Nieufność? Może kolor oczu?Przystanęła, chowając się jakby za pniem drzewa. Podeszła bliżej witryny jego sklepu, osłoniła dłonią oczy przed słońcem, cofnęła się. Za chwilę znowu kilka kroków w stronę miasta i powrót. Śmieszne było to jej miękkie stawianie drobnych kroków donikąd.

Tropicielka- pomyślał- ciekawe, czego szuka?

Było w niej coś, co sprawiało że nie mógł oderwać od niej oczu, jakby z mowy ciała chciał odczytać, czy to roztargnienie, zagubienie, nieufność, czy ciekawość.

Pomyślał, że jeśli przewiesi z witryny wiszące tam witraże, być może ona widząc ruch, podejdzie bliżej. Wiedział, że wilki są ostrożne i uciekają od ludzi, tylko czasami zbliżają się do człowieka z ciekawości. Rozpoczęta przez niego krzątanina widocznie nie wzbudziła w niej zainteresowania, bo dziewczyna nagle odwróciła się i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę Starówki.

***

Zima na całego!- pomyślał wrzucając kolejne polana do kominka.

– Dzisiaj zapewne nikt nie odwiedzi jego pracowni.- myśląc to, zaparzył herbatę, a na blacie rozłożył szkice, szykując się do kolejnego projektu. Nagle usłyszał odgłos parkującego auta na podjeździe. Wyjrzał przez okno. W stronę jego domu szła czteroosobowa rodzinka. Wybiegł, by ostrzec, że jest ślisko i należy uważać.

Ot, panna miastowa, wybrała się w góry w kozaczkach na obcasie!- zauważył głośno- zapraszam w skromne progi!

Dzieci ruszyły przodem w poszukiwaniu nowej przygody, mąż za nimi, a kobieta przystanęła w sieni, bo jej uwagę przykuły szklane rzeźby. Piękne!- pomyślała- jak cudownie bawi się w nich uwięzione światło! Co za barwa i ciekawy kształt!

On przystanął za nią na chwilę, zdołał uchwycić w jej oczach zachwyt nad jego pracami. Skradzione ułamki sekund stały się bezcenne, jak jego rzeźby zaklęte w bryłach szkła. Wydawało się, że znalazł kogoś, kto postrzegał, jak on. I gdyby nie zniecierpliwione dzieci, pozwoliłby sobie na to, by dłużej karmić się jej podziwem. Ale dzieci i szkło to niebezpieczne zestawienie.

***

Wszystko było nie tak! Wszystko! Ostatnia wichura naruszyła konstrukcję dachu, który trzeba było wyremontować, samochód ledwo zipał pokonując wzniesienia, telefon, który wypadł mu z kieszeni, miał zbitą szybkę, a teraz na dodatek jeszcze czuł, że chyba łapie go grypa…

Usłyszał dzwonek komórki, odebrał. Dziewczyna, która dzwoniła miała pogodny głos. Rozbawiła go swoim niezdecydowaniem i zaciekawiła historią opowiadanej miłości. Chciała zatrzymać czas i uwiecznić spotkanie- A on miał jej w tym pomóc. Rozumiał. W głowie zaczęły pojawiać się obrazy. Lubił takie wyzwania. Cieszył się z tego telefonu. Poczuł napływ pozytywnej energii. Kiedy zapytał o dedykację, zamilkła na chwilę, po czym odpowiedziała, że nie będzie dedykacji. Kazała umieścić tam jedno słowo. Jedno. Tylko tyle? Liczył na miłosne wyznanie lub przynajmniej „Kocham Cię”. Chciał zapytać, ale poczuł, że nie wypada.

***