Skradziona chwila

Zmęczona towarzystwem i hałasem wyszła z budynku, by oddechem zaczerpnąć haust świeżości. Stanęła przy oknie, opierając się o ścianę. Ciepłe światło biło z wnętrza sali.

Pięknie- pomyślała widząc ich wszystkich rozbawionych przy stole. Widziała, jak Wysoko Postawiony próbuje rozprostować loki Loli, jak wyżej postawieni poklepują się w uścisku po plecach, jak barmanki roznoszą kufle piwa, a Tipszu wrzuca kolejną kłodę do kominka i obserwuje unoszące się przy szybie iskierki.

Teraz mogła odetchnąć. Wszystko zagrało tak, jak zaplanowała. Jedzenie smakowało, piwo z lokalnego browaru zdobyło uznanie. Nikomu nie przeszkadzało, że byli właśnie w środku mrocznego, mokrego lasu, do którego jechali ponad pół godziny.

Wspominała z uśmiechem, jak dzień wcześniej dostała ataku paniki, z którego- ćwiczeniami oddechowymi- wyciągał ją przyjaciel.

Z drugiej strony budynku dostrzegła zadaszenie. Udała się tam chroniąc przed deszczem. Chciała zadzwonić i pochwalić się sukcesem, zapomniała jednak, że w lesie nie ma zasięgu.

Zadaszenie osłaniało letni ogródek piwny, w którym teraz panował nieład i zapomnienie. Smutno wyglądały puste, dębowe beczki oraz nierówno poustawiane masywne ławy i stoły.

Dziewczyna zwróciła uwagę na leżącą na ziemi wysłużoną miotłę. „Pewnie nie da się już na niej latać”- pomyślała z uśmiechem. „Wygląda niezwykle. Magicznie. Coś w sobie ma. Chętnie bym ją zabrała, nawet jeśli już nie lata”.

Potem uwagę jej zwrócił szum przepływającej gdzieś blisko rzeki. W ciemności nie mogła jej dostrzec, ale szum zrobił na niej niezwykłe wrażenie. Rzeka wydawała się być na wyciągnięcie ręki. Wzięła kolejny głęboki oddech przymykając lekko oczy. Pachniało mokrym lasem i wodą. Szum i kapiący deszcz- w tej głuszy brzmiały, jak muzyka.

Na ławę wskoczył rudo-czarny kot. Wydawał się być oswojony, pewnie był towarzyszem właścicielki porzuconej miotły. Nie łasił się do nóg, tylko przechadzał się po ławie w lewo i w prawo obserwując dziewczynę, która zapewne była dla niego zagadką w tym miejscu. Nie ucieszyła się na jego widok, nie wołała „kici,kici” ale wyciągnęła rękę, by mógł się do niej zbliżyć. Mową własnych ciał nawiązali dialog.

„Jesteś zaklinaczką kotów?”- pytał zadowolony, kiedy masowała mu kark. W zaczarowanym miejscu, w tej magicznej chwili i niezwykłych pieszczotach nie przerwał im nawet kucharz, który wybiegł na papierosa. On też się tu nikogo nie spodziewał, więc nawet ich nie zauważył.

Kiedy nacieszyli się sobą, dziewczyna uniosła kota do góry, by mógł jej spojrzeć w oczy. „Ty mały Draniu!”- dziewczyna wypowiedziała do kota pierwsze słowa z uśmiechem, widząc, jak on ze zdziwieniem odkrył, że nie jest jedynym posiadaczem wielkich zielonych oczu… Pierwszy raz przeglądał się w zielonych, kobiecych tęczówkach…

Po chwili każde z nich poszło swoją drogą. A czas zaczął znowu biec swoim, niezakłóconym już niczym, rytmem.