W tej chatce pachnie ciastem…A w tej słychać śpiew…

Mały domek, w Mszanie Dolnej Małej, na ul. Ostatniej, a w nim ja. Wyglądam przez kuchenne okno na inne, oświetlone dziś przez słońce budynki.

Zaprosiłabym przyjaciela na rosół, ale wiem, że sam gotował. Na dodatek ma makaron własnej roboty… Wiem, bo kiedy poszłam wczoraj, w niedzielę niehandlową, do niego po szklankę cukru, czubek nosa miał w mące. Ciasto też miał, drożdżowe. Raz udało mi się upiec… Ale to jego pachnie obłędnie. Z chęcią wprowadziłabym się do jego domu, ale przecież nie po to tam zamieszkał, sam.

Sąsiada po drugiej stronie góry zaprosić chciałam na pierniczki, ale on powiedział, że czeka na koleżankę, dla której upiekł właśnie kakaowe ciasto z jabłkami. Fiu, fiu- pomyślałam słysząc o cieście- A ja tu proponuję suche, zbyt wypieczone pierniczki…

Niedawno do domku po lewej sprowadził się Muzyk. Zaprosił mnie na kakao w oryginalnym kubku, by się po prostu, po sąsiedzku poznać. Może przyjmę zaproszenie, bo choć szukam samotności, to jednak tak samej siedzieć w domku na ul. Ostatniej- smutno.

A kiedy jest mi smutno, idę pięć kilometrów drogą wzdłuż lasu po szklankę cukru. A potem idę znowu, bo przecież muszę oddać. I nie ma znaczenia fakt, że nie umiem piec ciast i nie słodzę kawy i herbaty…