Jak sięgam pamięcią…

Znowu mnie naszło na wspomnienia… Może dlatego, że muszę jechać do pracy. Tym samym spędzę 3 godziny w aucie. Dobrze, że nie 20, jak kierowcy na granicy w Zgorzelcu… Odwiedzę stację benzynową, bo bak pusty. Co z tego, że cena paliwa spadła, jak ryzyko zawirusowania wzrasta. A ja nie chcę potem testów, kwarantanny i strachu przed szpitalem.

Choć nie wiem, czy nie powinnam się bać zostać z własnymi myślami w samochodzie sam na sam. Nie umiem ich przekuwać w biznesplany, hasła reklamowe, projekt książki…. Po głowie tłuką mi się całkiem inne myśli, a jak już wpadnę na myśl ” to bez sensu, że jadę by sprawdzić pocztę, skoro do wczoraj nic nie dotarło” to już po mnie, bo to „bez sensu” siedzi na tylnym siedzeniu za kierowcą i za nic nie da się autostopowicza wysadzić.

***szpital***

W szpitalu byłam 3 razy, dwa razy kiedy rodziłam i raz kiedy na poród było za wcześnie.

Za każdym razem płaczę na izbie przyjęć, że nie chcę tam zostać. Wiem, że to głupie, ale nie mogę powstrzymać łez.

Nieco więcej niż tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia dostałam bilet do szpitala. Nie sądziłam, że to konieczne, ale tata spakował mnie i zawiózł twierdząc, że w szpitalu po ponownym przebadaniu zadecydują, czy mnie zostawić, czy puścić do domu.

Nie chcieli wypuścić, mimo moich wielkich, jak groch łez. Kazali mi dać tacie buzi na do widzenia, zostawić torbę w szafie, wziąć najpotrzebniejsze rzeczy, przebrać się w prześcieradło z otworem na głowę i ruszyć do sali. Wzięłam książkę i telefon. Na oddziale byłam tylko ja i dwie panie, które właśnie urodziły.

„Zaraz zrobi się tłoczno. Panie zaczną myć okna i szykować się do świąt, a to przyspiesza poród” – powiedziała pielęgniarka.

Panowała epidemia grypy, w szpitalu zabronione były odwiedziny. Młodzi tatusiowie przychodzili pod okna zobaczyć z daleka swoje dzieci. Zupełnie tak samo, jak ja kiedyś przyszłam pod szpital z tatą, żeby zobaczyć swoją siostrę.

Nie jestem wybredna, ale jedzenie było gorzej, niż fatalne. Na szczęście pielęgniarka idąc rano do sklepu zawsze zapytała, czy czegoś nie potrzebuję. Zawsze kupowała mi twarożek wiejski i bułkę.

W sali był telewizor. Miałam dwa powody do radości, że byłam sama i że telewizor był na monety ( gdyby ktoś trafił, może nie będzie chciał tracić kasy). Mi telewizor nie był w ogóle potrzebny.

Czas, który spędziłam w szpitalu niesamowicie na mnie wpłynął. Co prawda jedyną atrakcją było branie prysznica, z czego nałogowo korzystałam, by choć na chwilę poczuć się kobietą, a nie pacjentem w prześcieradle. Spałam, myślałam, czytałam i wsłuchiwałam się w rytm pracy mojego malucha, który pchał się na świat. Unormowałam rytm pracy serca, poukładałam myśli, odpoczęłam, nabrałam sił. Ten czas był mi potrzebny. Nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Któregoś dnia z wizytą do mnie przyszedł ginekolog. Odczytałam jego nazwisko. Przypomniałam sobie, że był to mój pierwszy lekarz. Byłam młodziutka, on też. Chyba dopiero zaczynał praktykę. Pamiętam, że byłam zakłopotana, a on zaniemówił i oblał się rumieńcem. To był pierwszy mężczyzna, o którym pomyślałam, że jest niesamowicie przystojny. Nigdy więcej go nie widziałam.

” Dzień dobry Panie doktorze. Był Pan moim pierwszym lekarzem.”

Spojrzał na mnie, w kartę, na mój adres i powiedział:

” Ale ja tu nie pracowałem „

” Miałam przyjemność poznać Pana w przychodni w centrum miasta”

„Ale to musiało być bardzo dawno.. I nadal Pani pamięta?”

„pamiętam” uśmiechnęłam się i poczułam się zakłopotana.

A on oblał się rumieńcem…

Przed świętami wypuszczono mnie do domu.

10 myśli na temat “Jak sięgam pamięcią…

  1. Mnie szpital kojarzy sie tylko negatywnie. Nie znoszę być w szpitalu. Jak mialam 4 lata bylam 10 dni. To byly czasy kiedy musialam byc bez mamy. Koszmar dla takiego dziecka. Do dzis wspominam. Potem bylam kilkukrotnie, ostatni raz z 3 miesięcznym wtedy synem. Ja z depresją poporodową, rozkudłana, bez makijażu, jeszcze TV przyjechala robić reportaż a my jedyni na oddziale. Taki mialam telewizyjny debiut.

    Polubienie

  2. W moim życiu medycyny było mniej niż więcej. Do szpitala trafiłem w efekcie kontuzji. Poskładali mnie. Środki przestały działać i chciałem uciec. Sąsiad z łózka obok powstrzymał mnie. Leżałem płasko przez kilka tygodni. Straszna nuda. Pacjenci obok byli na emeryturze. Nasłuchałem się opowieści z epoki świetności peerelu. Znałem na pamięć ich historie choroby. Z utęsknieniem czekałem na moment aż pozwolono mi wstać. Uczyłem się chodzić na nowo. Na życie zacząłem patrzeć inaczej. Rehabilitacja trwała kilka tygodni. Z jedzeniem nie było najlepiej. Smakowitości przygotowane przez kuchnię pozostawiały wiele do rzyczenia. Wyraziłem się na ten temat jasno i jadłem co bardziej sensowne dania. Jedna z pielęgniarek postawiła sobie za cel wyprostować moje myślenie na ten temat za pomocą lewatywy.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Tak, to stara historia. Dobrze, że doczekaliśmy się ciekawszych czasów, a pacjent to nie tylko obiekt leczenia ale ktoś, kto ma jakieś prawa.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s