myśli automatyczne

Nie bardzo wierzę w psychoterapię, choć znajomość niektórych mechanizmów bardzo pomaga. Szkoda, że nie uczą tego w szkołach. Potrafilibyśmy lepiej się komunikować i wzajemnie lepiej się rozumieć.

Przytoczę sytuację opisaną przez Hanię Sywulę w ksiażce „W głowie się poprzewracało”. Tylko zacznę z innej strony:

Chłopak Karoliny dostaje od niej SMS „Przyjedź po mnie na uczelnię, bo źle się czuję. Jestem w uczelnianej łazience”. Wsiada w samochód i jedzie po nią. Odbiera ją. Podczas rozmowy dowiaduje się, że Karolina rozmawiała ze swoim promotorem, u którego pisze pracę, a ten wytknął jej kilka błędów. No i? Co się wydarzyło? Nic właściwie. Ciężko to zrozumieć.

A teraz opowiem wam to od strony Karoliny, która wkłada wiele pracy w napisanie pracy magisterskiej. Na spotkaniu z promotorem ten wytyka jej błędy, a tym samym odpala lont…:

  1. To takie małe błędy, a on się mnie ciągle czepia – myśli (myśli automatyczne)
  2. przez te myśli zaczyna czuć złość i frustrację (emocje)
  3. zaciska zęby i czuje, że serce zaczyna jej szybciej bić (reakcja fizjologiczna)
  4. dziewczyna zdenerwowana wstaje i szybkim krokiem wychodzi, nie dopytując co mogłaby poprawić (zachowanie)
  5. Nie skończę tych studiów, nic mi nie wychodzi! (myśli automatyczne)
  6. zaczyna czuć smutek i strach (emocje)
  7. czuje ucisk w gardle, drży, płyną łzy (reakcje fizjologiczne)
  8. idzie do łazienki i pisze SMS z prośbą o pomoc…

Jeśli popatrzymy na sytuację oczami chłopaka Karoliny, możemy pomyśleć, że sytuacja jest przerysowana. Nic się nie stało. Błędy to rzecz normalna. Trzeba je poprawić. Niepotrzebna panika. Właściwie o co chodzi?

Jeśli przejdziemy przez łańcuch zachowań Karoliny i poczujemy jej złość, frustrację, smutek, strach – wszystkie te wybuchające po sobie emocje, a potem pomyślimy, jak ona się czuje w uczelnianej łazience z tym ściśniętym gardłem, cała rozedrgana, zalana łzami i potrzebująca pomocy- wówczas zrozumiemy, że trzeba jej udzielić pomocy.

Absurdalne? Wyssane z palca? No nie… właśnie przez taki proces przeszłam w minionym tygodniu.

Najwyższy zadzwonił z wyrzutami, bo coś w firmie nie zadziałało. Zabrałam się za naprawę tego, co zaniedbała koleżanka będąca na urlopie. Byłam zła, bo oberwałam za nie swoje błędy. Kiedy już ugasiłam pożar, znowu zadzwonił szef i powiedział coś w stylu „bo ty zawsze jesteś taka i owaka”. Nie powiedział gdzie i jaki popełniłam błąd, tylko jaka jestem. Zagrał tą samą piłką, którą gra mój mąż. Poczułam bezsilność i ogromny zawód oraz smutek. Gdyby nie to, że w drogę wszedł mi Wysoko Postawiony, nadepnął mi na odcisk i znalazł się na linii ognia – być może bym się uspokoiła. Ale kiedy mi uświadomił, że na niego krzyczę (a rzeczywiście zaczęłam to robić) – poczułam się całkiem przegrana. Poszłam do zakładowej łazienki i zaczęłam się bać, że nie wyjdę z tej zapętlonej reakcji złych emocji. A potem napisałam maila, że się boję i naciskając enter poczułam, że jestem już pod czyimiś skrzydłami.

Bo nazwałam emocje, oswoiłam je, pomyślałam, że jestem zrozumiana i nie jestem w tym sama. Dam radę.

Podświadomie jednak walczyłam z natrętnymi myślami i strachem. Byłam tak naładowana energią, że wkładając klucz do zamka drzwi w domu widziałam, jak przeskakują iskry. Starszy syn od razu zauważył, że jestem jakaś inna. Ja poczułam, że fizycznie czuję się wyczerpana, a to dodatkowo mnie zasmuciło. Rzuciłam torbę i poszłam spać. W nocy już nie mogłam, w ogóle. Ranek ciężki, kolejny dzień pełen emocji i wyczerpujący. Silny ból pleców i inne reakcje fizjologiczne… To wszystko składa się jak układanka z puzzli i prowadzi do czarnej dziury, a ja już wiem, jak jest tam…na końcu.

No więc umieram bijąc się jednocześnie z myślami i panicznie szukam rozwiązania, którego nie ma. Słyszę, jak mąż drze się, że nie posprzątałam w kuchni po obiedzie… akcja-reakcja…

Na zwolnieniu chorobowym otwieram pracowniczego maila i czytam wiadomość od biurkowego kolegi, który nie dostał w tym miesiącu premii. Był tak mocno przekonany, że to błąd podczas naliczania płac, a nie niespodzianka ze strony Wysoko Postawionego, że zadał mi pytanie używając zwrotu „masz focha”. Zabolało. akcja – reakcja…

Zablokowany telefon z jednej strony cieszy, bo nie muszę odbierać i tłumaczyć, jak się czuję. Z drugiej strony stałam się aspołeczna.

Z punktu widzenia mojego męża jest, jak zawsze. Pewnie mam jakiś problem. Wzięłam zwolnienie, więc mam dużo czasu na odpoczynek i na sprzątanie. A ja jak zwykle udaję i zwijam się w kłębek.

Cierpię. Boli mnie już całe ciało. Znowu przegrywam. Znowu pojawiają się lęki, że nie dam sobie sama rady. Pytanie, czy to chwilowe i jak mierzyć chwilę. Jak się wyrwać z łańcucha emocji, skoro rozumiem proces. To tylko błąd myślowy. Tylko dlaczego tak strasznie bolą plecy?

Zastanawiam się zawsze, co bym powiedziała takiej osobie, jak ja, by ją w jakiś sposób wesprzeć. Nie mam pomysłu. Bo owszem, ważna jest czyjaś obecność. Pytanie „Jak mogę pomóc?”- i na to jak do tej pory zawsze mogę liczyć.

Tym razem zadziałało:

„Dzień dobry! Czy jest dobry? Pogoda nie sprzyja optymizmowi. Co mogę zrobić, by Twój dzień był lepszy?”

Dbajmy o to, by nasze dni były lepsze! Nie dajmy się zapędzić w kozi róg! Szkoda zdrowia! Szkoda naszych dni! Zawsze w takich chwilach doceniam to, że mam Was, choć jesteście wirtualni. Dziękuję.

Co mogę zrobić, by Twój dzień był lepszy? 🙂

poznajmy się

W sieci jest wiele aplikacji lub portali społecznościowych, dzięki którym możemy poznać drugą osobę. Przynajmniej teoretycznie…

Co myślicie o aplikacji, dzięki której można z kimś porozmawiać? Tylko i wyłącznie prowadzić rozmowy głosowe? Bez możliwości przesyłania zdjęć, tekstów, czy wideo? Młodzi domagają się powstania takiej aplikacji po tym, jak powstało słuchowisko RANDOM na STORYTEL.

Informacja o słuchowisku dotarła do mnie przez piosenkę Zabierz tę miłość. Wczoraj natrafiłam na odcinek finałowy słuchowiska, który jest w pełni filmowy. Autorka projektu – Natasza Parzymies- pomyślała, że historię znajomości opierającej się jedynie na rozmowach głosowych sfilmuje i umieści na YT. Nie wiem ile warta jest historia, ale młodych w sieci porwała. Mnie ujęła forma – połączenie słuchowiska z filmem. Lubię, kiedy łączone są różne formy – np. książka wraz z załączoną płytą z muzyką.

Ale cofnijmy się do czasów, kiedy Internet nie był tak wszechobecny, jak teraz.

Kiedy w domach pojawiały się telefony stacjonarne, podczas LPPR3 dodzwonił się do mnie jakiś chłopak. Byłam wtedy w liceum, on w technikum. Rozmawialiśmy całymi wieczorami, a w końcu postanowiliśmy się spotkać w kinie. No i uciekłam… przepraszam. Wiem, będę się smażyć w piekle.

W 2016 roku zapisałam sobie informację, że gdybym chciała zadzwonić i porozmawiać sobie ze Szwedem o czym tylko chcę-to mam taką możliwość. Szwecja to pierwszy kraj na świecie, który miał własny numer telefonu! Dzięki niemu można było dodzwonić się do jednego ze Szwedów, którzy zgłosili się do programu. Można było ich zapytać o pogodę, życie w Szwecji…o wszystko 🙂 Zawsze chciałam tam zadzwonić, dopiero wczoraj wykasowałam z pamięci ten numer, a teraz widzę, że jest już nieczynny…

Na jednym z blogów na WordPressie, po tym jak odczytałam zamieszczony tam nr telefonu, zapytałam- ile osób nawiązało kontakt, ale nie otrzymałam odpowiedzi z konkretną liczbą 🙂 Więc Wam nie powiem, czy ta forma kontaktu działa.

W komentarzach pod finałowym odcinkiem słuchowiska Random przeczytałam, że wiele osób chce móc skorzystać z takiej aplikacji, by po prostu z kimś pogadać. Zastanowiłam się nad formą kontaktów w przyszłości… Czy to nie idzie w jakimś złym kierunku?

Klasa mojego starszego syna została rozwiązana (oszczędności), dzieci zostały przyporządkowane do innych klas, a zaraz potem zaczęła się pandemia i nauczanie zdalne. Mój syn zna głosy osób ze swojej klasy, ich twarzy niestety nie zna…

W rozmowie z Nataszą Parzymies usłyszałam, że wzorowała się ona na Tinderze, ale chciała odwrócić budowanie relacji tak, by nie zaczynała się od wizytówki, zdjęcia, spotkania…tylko od budowania relacji podczas rozmowy…

Swoje krótkie opowiadania zamieszczane tu na blogu właściwie też oparłam na poznawaniu się poprzez maila, ale i poprzez nagrany głos. A dziś dowiedziałam się, że to nic wielkiego – aplikacja głosowa ma się bardzo dobrze i to od ponad roku – Clubhouse. Opiera się ona na rozmowach głosowych na żywo- wyłącznie w formacie audio, bez wideo, zdjęć, tekstu. Na razie jest aplikacją elitarną, można do niej dołączyć jedynie korzystając z zaproszenia. Po przystąpieniu otrzymuje się możliwość zaproszenia dwóch kolejnych osób. Komu zaproszenie?

Mam mętlik w głowie… bo że mi potrzebny jest dobry psycholog, to wiem nie od dziś… Ale co się dzieje ze społeczeństwem, że zachciało im się poznawać wyłącznie dzięki rozmowom głosowym? Przecież to trudniejsze, niż napisanie wiadomości. A może nie?

Lekarz

Ostatnie dni dały mi w kość. Mocno. Zaczęłam haustami nabierać powietrze wydostając się spod powierzchni wody…czy jakoś tak.

Wstałam rano i pomyślałam, że wybiorę się do lekarza. Coś może jest nie tak, poza funkcjonowaniem neuronów/synaps czy czegoś tam.

Poszłam pieszo, bo odkąd masa ciała mi się powiększa, staram się byc bardziej aktywna. Zasapana dotarłam do przychodni, a na ostatnim odcinku SCHODY. Dżizas- jak te starsze osoby się tu dostają? No ale dam radę, pomyślałam. Jednocześnie uderzyło mnie to, że na schody ostatni raz zwracałam uwagę prowadząc dziecięcy wózek.

Dopadłam do okienka i zostałam ofukana, że powinnam dzwonić, a nie przychodzić.

– Co pani jest?- zapytała pani zza pleksy, a ja z drugiej strony pleksy w maseczce i dysząc, powiedziałam „źle się czuję”.

– blueklueolsjbev? – padło pytanie zza pleksy.

Ja mając w głowie, że chyba jestem w ciele mojej wiekowej babci, a nie w swoim – powtórzyłam jej pytanie „pyta sie mnie pani, jak ja się czuję??”

– Nie- odparła wielce niezadowolona Pani zza pleksy, a jej koleżanka schyliła głowę ukrywając uśmiech- Pytam jak sie pani nazywa, bo przecież muszę panią zarejestrować!

W poczekalni za każdym razem, kiedy próbowałam założyć słuchawki- babcia z naprzeciwka zadawała mi różne pytania i powtarzała, kiedy te słuchawki zdejmowałam. Przestałam próbować słuchać muzyki, kiedy zapytała „Pani już po szczepieniu?” No nie, moj rocznik był brany pod uwagę tylko w Prima Aprilis i to przez chwilę. W poczekalni same zaszczepione osoby i dwaj ozdrowieńcy- ja i chłopak w mniej więcej moim wieku z pocovidową utratą pamięci.

U lekarza z listy w telefonie (zapisałam, by nie zapomnieć, bo pamięć płata mi figle) odczytałam: śmierdzę gazem i jest to nie do wytrzymania, nie- nikt inny się na to nie skarży, mam problem ze wzrokiem, popsuła mi się cera i okropnie bolą mnie plecy.

Lekarz na to- dam Pani dzisiaj tylko skierowania.

Wyszłam z gabinetu i czytam: „laryngolog-powód utrata węchu”

W domu mąż powiedział- gdybyś do swoich objawów dodała, że masz temperaturę, to na bank by pomyślał, że masz covid! Sama zobacz, co mu powiedzialaś- mega osłabienie, ból pleców, problem z węchem, zapomniałaś, że nie masz apetytu! Przecież ostatnio nawet gotowac Ci się nie chce.

Dziś nie czuję gazu, choć od miesiąca mi towarzyszył do tego stopnia, że najpierw myślałam, że w domu mam nieszczelną instalację i kazałam mężowi zakładać czujniki. W pracy też, a tam ogrzewanie gazowe…

Dziś czuję, że wyleciałam z Matrixa i jestem gdzieś poza planszą jakiegokolwiek planu.

Kieliszek

Zaczęło się od wyrzutów sumienia i całej listy powodów, dla których nie powinnam sięgnąć po kieliszek wina.

Sumienie nie pozwalało mi iść do sklepu jedynie po butelkę wina. Ale całą resztę kupiłam wcześniej i niczego więcej nie potrzebowałam. Nie lubię siebie kupującej alkohol. Powodów by tego nie robić było jeszcze więcej: bo kalorie, a chcesz schudnąć, bo cera, a to nie pomaga, bo mąż wróci późno (a co jeśli nie wróci, zasnie w pociągu i będę musiala po niego jechać itd…), bo jestem sama z dziećmi, a wtedy nie wolno). Ale im bardziej czułam, że nie mogę, tym lepiej się czułam widząc siebie w błogim szczęściu właśnie z kieliszkiem czerwonego wina.

Zrodził mi się w głowie chytry plan- pójdę po męża na dworzec, a po drodze zobaczę, co w sklepie. Dopadłam do półki z winami. Czerwone, półwytrawne, najlepiej z Hiszpanii, procentów ok 13-14. Nie ma. Same niemieckie sikacze, kwasy z Południowej Afryki, włoskie podstawowe i oklepane, węgierska bycza krew. No nie- to nie to. Przeszłam na półkę z białymi w poszukiwaniu odrobiny orzeźwiającej słodyczy- nie ma. Tylko wytrawne, kościelne sikacze lub węgierskie tokaje. Na wyprzedaży od biedy znalazłam jedno czerwone, ale miało tak dziwną etykietę, że zastanawiałam się, czy to nie jakiś dziwny, jednorazowy wynalazek. Zrezygnowana szłam do wyjścia, kiedy to zobaczyłam jedną sztukę wina potęgi słowiańskiej tradycji. Czekała na mnie!SŁOWIAŃSKIEJ – tym mnie kupili, ale zerknęłam na opis:”uwalnia energię i pozytywne emocje”! No w punkt! Dodatkowo skojarzyło mi się z winem biodynamicznym z filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”

Wina biodynamiczne wykonywane są zgodnie z kalendarzem upraw biodynamicznych. Poszczególne czynności odbywają się w konkretnych fazach księżyca i ustawieniach planet, zgodnie z gwiezdnym kalendarzem. Producenci win są przekonani, że dodatkową siłę ziemia czerpie właśnie z kosmosu, a na smak wina może wpływać rytm natury, ruch planet i fazy Księżyca.

To nic, że okazało się słabsze. Harmonia Tradycji i Nowoczesności prosto z Polski, łącząca w sobie potęgę słowiańskiej tradycji i tylko pozytywne wibracje trafiła do mojej torby, a ja w podskokach pobiegłam odebrać męża z dworca.

W domu zabrałam się za degustację i czytałam propozycję podania. „Lekkie, delikatne wino jabłkowe z wyczuwalnym aromatem cynamonu, przełamane kwiatową nutą. SPOŻYWANE NA GORĄCO w temp. 45-50 st.C uwalnia energię i pozytywne emocje”. Ooo…I tu się poczułam zaskoczona, choć pozytywnie, bo rzeczywiście zimno na zewnątrz. Mąż butelki nie tknie, to na dłużej starczy- kolejny plus. W smaku ciekawe, po jednym kieliszku poszłam spać, chyba za mocno podgrzałam.

Rano syn mnie zapytał „Co ci się dziś w nocy śniło?”

Nie wiem, nie pamiętam, ale chyba tu mnie nie było 😉

Muzyka

Słuchanie muzyki może wpływać ochronne na mózg – przeczytałam, kiedy to szukałam informacji, jak to jest, że w niektórych okresach wolę ciszę, w innych muszę słuchać dźwięków. Przecież znałam już wcześniej zjawisko muzykoterapii, słyszałam o wpływie muzyki klasycznej na rozwój dziecka. Potrzebowałam jednak informacji o procesach, by upewnić się, że to, co czuję jest rzeczywiście gdzieś potwierdzone naukowo. Brzmi dziwnie, ale nie sposób jest czasem opisać to, co się czuje w taki sposób, by nie było infantylne lub nie wyszło na zwykłe fantazjowanie. Niektórych rzeczy nie można opisać. Trzeba przeżyć, ale i tak nie da rady się tym z kimś podzielić, bo każdy czuje inaczej, nie każdy zrozumie lub zrozumie, ale po swojemu.

 Zdaniem naukowców reakcja mózgu na muzykę jest uwarunkowana pewnymi umiejętnościami muzycznymi. Jak oceniają- u osób, które posiadają takie umiejętności muzyka może pełnić rolę neuroprotekcyjną. – nie zgadzam się z tym, że tylko u osób, które mają umiejętności muzyczne. Tu raczej chodzi o znalezienie czegoś, co porusza. Trzeba znać swoją wrażliwość.

Wracając do muzyki: po wysłuchaniu koncertu odnotowano, że u grupy badanych osób bardziej aktywne stawały się m.in.: geny zaangażowane w wydzielanie i transport dopaminy (reguluje procesy uczenia się, wpływa na motywację i nastrój), geny mające wpływ na funkcjonowanie połączeń synaptycznych (miejsc, za pośrednictwem których neurony się komunikują) oraz na procesy uczenia się i zapamiętywania (w tym pamięć długotrwałą), a także odpowiedzialne za ochronę neuronów i powstawanie nowych (tzw. proces neurogenezy). Spadek aktywności dotyczył m.in. genów, które pobudzają proces samobójczej śmierci (apoptozy) komórek nerwowych.

Ostatnio więcej słucham muzyki. Z chęcią siedziałabym w pracy w słuchawkach, ale to raczej nie jest mile widziane. Niestety nie mam ulubionych wykonawców i ulubionego rodzaju muzyki. Nie mam utworów w swoim zbiorze, które są sprawdzonym lekiem na całe zło. Nigdy nie wiem, które dźwięki i dlaczego mnie poruszają. Dlaczego odsłuchane w innym czasie nie podziałają. Czasem słucham jednego utworu w pętli. Niekiedy odszukuję jakieś utwory tylko po to, by odsłuchać wybrane fragmenty i to po set razy.

Czasem jakiś utwór powoduje wrażenie podobne do tego, jak wzięcie pierwszego oddechu po tym, jak człowiek już myślał, że się udusi. Czasem przejmuję energię muzyka, który wkłada ją w wykonanie, coś na kształt współodczuwania. A tak w ogóle lubię fale, które przechodzą przeze mnie na koncercie na żywo.

Z drugiej strony obserwując w jaki sposób ktoś słucha muzyki, można rozpoznać objawy choroby…

Jestem właśnie na etapie walki z neuroprzekaźnikami.

Ciocia

– Idę na pogrzeb- powiedziałam Wysoko Postawionemu.

– A kto umarł?

– No, mówiłam, moja ciocia.

– Ale to było na początku stycznia, to jak ona..do tej pory.

-Skremowana była.

– I co? Na półce?

– Nie wiem, chyba nie można teraz brać urny z prochami do domu. Wujek wynajmował w zakładzie pogrzebowym półkę.

Im bardziej zagłębialiśmy się w rozmowę, tym bardziej stawała się ona jakaś odbiegająca od rzeczywistości.

A dziś… ksiądz, z którym modliłam się do świętej Jadwigi (kimkolwiek jest ta Jadwiga, bo cioci inaczej na imię) … organista, który ledwo wszedł niosąc pod jedną pachą kule i przedłużacz, pod drugą organy… jakiś stale dzwoniący telefon…organista, który zasnął…pandemia, która jest jedynie zapisem obostrzeń, z którymi się nikt nie liczy, poświęcenie kwiatów i zniczy. Dwie godziny w śniegu z deszczem i tylko 3 stopnie na termometrze. Osoby, które są mi bliskie, a których nie widziałam od lat, bo mieszkają za granicą. Dziewczynek (obecnie kobiet) nie mogłam poznać…nie dość, że wyrosły, to jeszcze maski zasłaniały im pół twarzy.

Najdziwniejsze było to, że na tym pogrzebie już kiedyś byłam. Ta sama kaplica. Ci sami uczestnicy. Nie było tamtej kobiety w trumnie, teraz ta była w urnie. Obie spoczęły w tym samym grobie. Obie za szybko odeszły.

Był moment, kiedy zobaczyłam moją kuzynkę. Zmieniła się tylko trochę. Patrzyłam na nią, a w głowie kłębiła się masa myśli. Chwilę to trwało, zanim poczułam, że nie jestem dzieckiem, a ta dziewczyna nie jest moją kuzynką, tylko jej córką…

Część rodziny nie pojawiła się na pogrzebie. Rodzicom wytłumaczyłam, że to nie czas na podróże, bo w sobotę mieli mieć szczepienie. Dziwnym zbiegiem okoliczności zostali zaszczepieni dzisiaj.

Dzień pełen emocji. Pożegnania są potrzebne. Już jest lepiej.

Przerwa

Wczoraj udało mi się wyjść na spacer, ale moi mężczyźni nie raczyli mi towarzyszyć. Ojciec rodu udawał/cierpiał na ból głowy, młodzieży nie należało przeszkadzać (w toczeniu wojen w świecie wirtualnym), bo święta… wyszłam bez stada baranków/ wielkanocnych.

Dla odmiany spacerowałam w okolicy torów kolejowych.

Pogoda dopisała… 🙂

Ten krajobraz bardzo się ostatnio zmienił. Co prawda drewniane podkłady kolejowe porośnięte rozchodnikiem tez miały swój klimat. Nowe jednak wyglądają pięknie.

Chciałam nagrać zapowiedź nadjeżdżającego pociągu… Nie było. Cisza. Nadjechał pociąg, który jechał już od 12 godzin… wysiadło wiele osób, wiele też przyjechało, by przywitać swoich bliskich na dworcu.

Pomyślałam, że tym pociągiem mógłby przyjechać też ktoś do mnie…

„Antropolodzy wierzą, że trzeba się zanurzyć w nieznanym świecie, by zrozumieć swój własny”- z Niania w NY.

Wszystkiego dobrego!

Wszystkiego dobrego w te święta! Dużo zdrowia!

W ogrodzie zaczynają kwitnąć kwiaty. Widzialam też trzmiele! Muchy niestety tez są 😦

Moje święta jakieś inne w tym roku. Upieczone wczoraj piwoszki (rogaliki) już dziś zniknęły. Podobnie dzieje się z babeczkami… zimne nóżki, których dwie miseczki podarowała teściowa,  też zniknęły. Sałatka jarzynowa nie doczekała się dekoracyjnego przybrania, a synowie rozpoczęli strajk głodowy, który został przerwany po podaniu schabowego z młodymi ziemniaczkami.

Na okna machnęłam ręką, ale w końcu wykorzystując okno pogodowe (pomiędzy deszczem, gradem, silnymi zimnymi porywami wiatru) zebrałam się i umyłam.

Kurka odziedziczona po dziadku. Bardzo ją lubię!

Starszy syn zapragnął w tym roku kolorowych jajek. Wysłałam dziś męża po farbki. Przejechał całe miasto- brak. Wychodząc z ostatniego sklepu i tracąc nadzieję zauważył panią, która na niego czekała przed sklepem „To pan szukał farbek? Niech pan idzie ze mną.” Wyniosła mu ze swojego domu dwa opakowania farbek! Nie chciała pieniędzy. Jak powiedziała za duż kupiła w zeszłym roku i już ich nie wykorzysta. Szkoda, że nie wiemy gdzie dokładnie mieszka, bo może byśmy kiedyś się jej zrewanżowali…

Jaja pomalowane

Tak, to na górze- to moj palec, a brązowe piórko to pies sąsiada. Spieszyłam się, żeby się z nim przywitać i po raz setny wytłumaczyć, że nie można obsikiwać krzaczków.

Budka lęgowe pusta. U rodziców tez zadna z sikor nie zdecydowała się na jej zajęcie, choć oglądały długo.

Tulipany botaniczne pięknie wyglądają, ale potrzebują słońca, by sie otworzyć. A słońca malutko…

Jutro mamy zaplanowany spacer! Rodzinny.

Przedświątecznie

Pani Salmiakowa zapytała Internet, co sądzi na temat wkopywania roślinek w tym świątecznym czasie. Napisano „Można, ale w radosnej atmosferze. Tak, by unikać kłótni”.

Unikać kłótni. Unikać kłótni. Święta. Będzie dobrze. – taka mantra narodziła się w głowie.

Zabrała Pani Salmiakowa Pana Salmiaka na zakupy, by samemu nie dźwigać. Pan Salmiak wziął wózek i zaczął jeździć swoimi ścieżkami. Co Pani Salmiakowa potrzebowała wrzucić towar do wózka, Salmiaka nie było. Jak chodziła, on stał wpatrzony w półki. Jak ona stała przy regale i wybierała towar- on znikał, a ona znowu musiała rozpocząć poszukiwania.

Kiedyś Pani Salmiakowa miała taką świnkę morską. Jak ją wyprowadziła na trawkę, to świnka siedziała. Jak tylko Pani Salmiakowa odwróciła wzrok na moment- świnka dała nogę i tyle ją widziano.

No więc Pani Salmiakowa zapakowana po brodę mięsem, wędliną, nabiałem i innymi dobrami z lad chłodniczych zaczęła szukać Pana Salmiaka na ostatniej prostej. A tam…półka z winami i takie dobre, czerwone, półwytrawne 40% taniej, ale w zęby Pani Salmiakowa wziąć już nie dała rady. I wtedy dostrzegła machającego Pana Salmiaka. Właśnie towar Państwa Salmiaków kasowany był przez kasjerkę, a Pan Salmiak darł się na cały market : „No szybciej, Kochanie, Państwo nie mogą czekać w nieskończoność”.

Oddalająca się półka z winem sprawiała ból, przestrzeń, w którą musiała się przedostać Pani Salmiakowa z całym naręczem towaru powodowała lęk (bo tłumnie naród polski ruszył na narodowe zakupy) , mantra w głowie „unikać kłótni” bladła na znaczeniu, a słowa „no kobieto, spieszy mi się” sprawiły, że Pani Salmiakowa postanowiła zabić.

Zamiast tego ruszyła pieszo przez całe miasto do domu. Przynajmniej zdrowsza będzie.