Jest

Czasem męczy mnie sen: uciekam przed czymś strasznym (jestem chyba w czarnym lesie), nogi mi się zapadają w grzęzawisku, nie mogę biec, ani krzyczeć. Moja czasoprzestrzeń jest spowolniona i wygłuszona. To, co dzieje się obok pędzi i jest hałaśliwe. Sen nigdy nie ma końca- wybudzam się zlana potem i zmęczona. Nigdy we śnie mnie nic nie zjadło, nie zabiło, nie skrzywdziło – tylko ta niemoc jest przerażająca.

Dziś obudziłam się z podobną myślą. Że nie mam siły brać udziału w gonitwie, ani nawet wołać o pomoc. Sprawy nabrały takiego rozmachu, że wiem, że tylko sekundy zawahania się zaważą o tym, czy przekroczę deadline, czy nie.

Ta sytuacja jednak nieco się różni od tej ze snu. Jest bardziej podobna do tej, jaką pamiętam z wypadku autobusowego.

Jadąc autobusem często myślałam o tym, by stanąć tak, aby w momencie ostrego hamowania nie upaść. By nic nie spadło mi na głowę. By sprawdzić, czy jest młoteczek do awaryjnego wybijania szyby. Aby nie blokować sobie rąk, tylko ich użyć w odpowiednim momencie do przytrzymania się, odepchnięcia czy osłonięcia twarzy.

Tamtego dnia usłyszałam kierowcy „Jezu, ludzie!” i ze spokojem przyjęłam, że to pewnie koniec. Nie zrobiłam nic, ale też nic mi się na szczęście nie stało (a pani na siedzeniu obok nie miała już takiego szczescia).

Teraz też nie mogę raczej nic zrobić.

Dziś rano przeczytałam ” Pewnie nie wiesz, że potrafię podróżować w czasie. Głównie pojawiam się w przeszłości, ale tym razem odwiedziłem to, co dopiero przed nami. Muszę Cię uspokoić, tam się nic złego nie dzieje.” I świat jakby wyhamował. I poczułam spokój.

Usłyszałam, że mąż smaży coś na śniadanie w kuchni. Leżałam jeszcze w łóżku. W mojej rodzinie liczba chorych na wirusa- 4. Najgorzej czuje się osoba najmłodsza, a najstarsza, która miała kontakt jest zdrowa. Zmierzył temperaturę- od wczoraj nie odpuszcza 37.0 I nagle zastanowiło mnie, dlaczego nic nie czuję? O matko! Wbiegłam do kuchni- nic ze smażonych przez męża pieczarek nie czułam. Usiadłam i zaczęłam myśleć co teraz. To nie czas na chorowanie. Wzięłam kawałek czekolady z malinami i kawałkami lukrecji- brak smaku to będzie ostateczny cios. Czekolada rozpuszczała się w ustach, lukrecja strzelała w zębach, a na twarzy pojawił się znowu uśmiech. Jest smak!

Wszystko będzie dobrze!

I to w piątek…

Wstałam i pomyślałam:

I to była ostatnia przyjemność

Potem wszystko potoczyło się lawinowo. Wpadłam w wir pracy i…problemów. Przed 10.00 przypomniałam sobie, że jeśli nie kupię kury na rosół natychmiast, to dopiero po 12.00. Pojechałam autem 100 metrów dalej, wbiegłam do sklepu, wybiegłam z kurą pod pachą i ta przyjemność kosztowała mnie 90 zł za brak pobranego biletu parkingowego. Dziad parkingowy widział mnie pewnie, bo moja operacja trwała jakieś 5 minut… Teraz pozostaje mi pisać list błagalny do Warszawy, na Rondo ONZ…

Mama zadzwoniła z informacją, że mają z tatą koronawirusa. Tata stracił węch i smak. Zadzwonili do przychodni, w której jest tylko pielęgniarka. Lekarza nie ma. Żadnego. Kazali dzwonić do SANEPIDU. W południe zadzwoniła do nich kuzynka, która już dostała pozytywny wynik testu. To najprawdopodobniej ona, kiedy jeszcze nie miała objawów i o niczym nie wiedziała, zaraziła rodziców.

Incydent w restauracji

Siedzę w restauracji tak, że słyszę jak goście podają nr pokoju, w którym spali.

Jeśli przyjdzie mężczyzna z pokoju nr 12 to….

– albo mu szczelę w pysk,

– albo wyleję na niego „przypadkiem” kawę przechodząc obok

– albo uduszę

Tak jak on mnie dusi i konserwuje substancjami smolistymi paląc papierosy w łazience, która przewodami wentylacyjnymi jest połączona z moją.

Stres? Mam nadzieję, że stres w spotkaniu ze mną będzie większy od tego, jaki próbuje stłumić paląc papierosy.

Mentor z przypadku

Pracując na różnych etatach przeszkoliłam już całą rzeszę pracowników. Z jednym opornym, młodym mężczyzną mi się nie udało. Reszta wyszła na ludzi i choć czasem pot z nas leciał, to każda osoba, z którą pracowałam zawsze wracała. Z miłym słowem, z odwiedzinami, z podziękowaniami.

Dziś pod moimi skrzydłami wylądowała pani w wieku 40 lat. Przepiękne CV, referencje cudowne, doświadczenie niemałe, mniemanie o sobie -duże.

Na początek pokazałam jej program- podstawowe narzędzie pracy. Opornie, masa notatek. Ale niektórzy potrzebują więcej czasu. Na szczęście ja nigdy nie miałam problemu z nauką programów. Wiem, że to potrafi być dla wielu zmorą.

W przerwie coś prostszego. Wymagało znajomości 5 słów z niemieckiego (ona w ogóle zna niemiecki). Znała dwa terminy, trzech nawet nie sprawdziła. W związku z tym nie wykonała poprawnie powierzonego jej zadania.

Postanowiłam sprawdzić ją z matematyki i logicznego myślenia. Zostawiłam ją z informacją: z materiału, na który zużyto tyle i tyle wykonano poszczególne części za które w sumie zapłacono tyle i tyle. Wylicz cenę każdej z części znając jej wymiary i cenę za mkw. Ups. Trudne.

Zamów karty znając parametry karty i producenta. Hmmm… czeka na jutro.

Napisz maila, w którym poprosisz o usunięcie usterki. Czekam.

Kolega biurkowy określił nasz sposób kontaktowania się, jako „kulturalne dogryzanie” i dodał, że faceci robią to bardziej brutalnie. Ale zauważył, że koleżance poświęciłam cały dzień- on, kiedy przejmował nowe obowiązki usłyszał ode mnie „wyprostuj się i głowa do góry”.

Jej nie mogę poradzić, by się wyprostowała- bo jej nie brakuje pewności siebie. Ona ma inny problem- jej się chyba wydaje, że jest od wyższych zadań. I może rzeczywiście tak jest. Na małych rzeczach się nigdy nie skupiała. Może jest dobra w tworzeniu kolorowej oferty dla klienta lub w laniu wody w projektach… Może ze swoją pewnością siebie jest dobra w negocjacjach?

Po raz pierwszy mam wrażenie, że poniosłam klęskę. Bo dzisiaj światło dzienne ujrzały bardziej moje słabości, niż jej. Dałam się trochę ponieść emocjom, trochę byłam zła na siebie, trochę na nią, trochę jej zazdrościłam. Trochę się sobie dziwiłam. W końcu pomyślałam, że jestem głupia, stara i nie nadaję się do prowadzenia za rączkę nowych, opornych pracowników. No i jeszcze zarobki…dlaczego ja nie zarabiam więcej? I dlaczego ja siedzę po godzinach i nadrabiam to, czego nie mogłam zrobić dzisiaj, bo szkolę jedną i zastępuję inną w tym samym czasie.

A dlaczego nazwałam siebie mentorem z przypadku? Bo szkolę osobę, ale nie mam pewności, że będzie ze mną pracowała. Nie tak miało być…

Hotel

Dzisiaj w hotelowej restauracji byłam sama. U przestraszonej kelnerki zamawiałam „danie dnia” i zastanawiałam się, czy rzeczywiście jest to danie dnia dzisiejszego…

W hotelu cisza. Nie ma internetu. Podobno ktoś specjalnie przeciął kabel – usłyszałam – nie mogą rozwiązać problemu.

Dlaczego ten hotel ma pecha? To właśnie tu ktoś otruł rybki, a teraz pozbawił gości dostępu do sieci…

Ponieważ w restauracji nie było nikogo- podeszłam do stolika, by sfotografować lampę dla Luci ☺ Ja lubię stolik z inną lampą- podstawę ma kryształową. Dziś nie udało mi się jej włączyć, a nierozświetlona nie wygląda efektownie.

Przypomniało mi się też, że mam zdjęcia kasztanów jadalnych. Zawsze mnie rozbawią te najeżone kulki.

Kasztan jadalny to gatunek z rodziny bukowatych

Poniedziałek

Wszystkiepatyki.wordpress.com – ale już nie istnieją…

Patyki zniknęły… M., mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że zanim zlikwidowałeś bloga, przewłaszczyłam sobie jeden z Twoich rysunków (no dobra-dwa).

Świetnie się kiedyś bawiłam w słowne patyczki na bloxie.

♤♡♢♧

Lubię męskie towarzystwo. Może przez barwę głosu, większe opanowanie, prostsze rozwiązania?

Może dlatego, że czułam się przy nich bezpieczniej? Swobodniej? Pewniej?

Podglądam ich w blogach, na instagramie. Lubię to, co dostrzegają- piękno miejsc, przyrody, kuchni. Rozmyślają, odkrywają swoje słabości, dostrzegają drobne rzeczy. Mają pasje.

Jest w nich więcej o tym, co widzą lub czują, niż własnego „ja”.

Żyjąc w męskim świecie jestem kobietą. Kobietą niedoskonałą. Łatwiej tu, niż tam.

W dodatku wybrałam sobie na męża kogoś, kto jest przeciwieństwem postrzeganego przeze mnie wzorca męskiego świata.

Mój mąż za to od zawsze żyje w kobiecym świecie… I pewnie też świat kobiecy postrzega trochę inaczej, niż ten mój…

Głód czułości

Od jakiegoś czasu znowu zaczynam żyć w sposób, którego nie lubię. Stres w pracy, problemy w domu, wirus, którego nie widać, a staje się coraz groźniejszy. To wszystko powoduje, że przeczekuję czas w nadziei na lepsze chwile. Przeczekiwanie mnie w pewien sposób paraliżuje. Swoisty paraliż wprawia mnie w lęk przed silnym nawrotem choroby. Lęk powoduje ból. Ból osłabia organizm…

Dopadł mnie głód czułości, który wydaje się być lekiem na całe zło. Brak mi dotyku. Tak po prostu- objęcia, przytulenia, pogłaskania, spokojnego tonu rozmowy. Tylko tyle i aż tyle.

Mogłabym. Gdybym chciała czegokolwiek.

Powinnam umówić się do fryzjera. Najwyższy czas. Nie należy wyglądać, jak kobieta niepożądana…

13

Trzynastka w hotelu nie oznacza pecha. Duży pokój, choć skośne ściany zabierają nieco przestrzeni. Podeszłam do okna dachowego. Widać przez nie stację benzynową. Na szybie ślady… pewnie ktoś wyglądając na zewnątrz dotknął szyby czubkiem nosa…

W tym tygodniu usług dodatkowych brak. Cisza, choć hotel pełen gości…

Smutno mi

Mama zdołała tylko powiedzieć „od wczoraj jej nie ma”.

Psinka, która mieszkała z rodzicami 15 lat wpadła sąsiadowi pod koła…

Smutek w całej rodzinie. Ogromny. Była niejako członkiem rodziny. Kiedy była mała- mieściła mi się na dłoni. Spałam z nią, żeby nie płakała za swoją mamą.

Kiedy wybuchła pandemia, a mama „utknęła” za granicą – psinka „ratowała” tatę. Piesek był wybredny i nie jadł byle czego, więc tata musiał pieskowi gotować- przy okazji sam dbał o kuchnię dla siebie.

A teraz pustka… a niektórzy mówią, że to tylko pies…

Nierozłączki

Miłość ma różne oblicza. Jestem jednak wyczulona na słowa „dla mojej żony i dla mnie”. To może przez zazdrość…że komuś się udało stworzyć trwały związek. Choć do końca tego nie mogę nazwać zazdrością…

„Dla mojej żony i dla mnie” -tak zaczynało się marzenie, które motanki miały spełnić. Musiałam poszperać, poszukać, poczytać o słowiańskich wierzeniach i stwierdziłam, że to nie może być inna lalka, jak nierozłączki-dwie lalki opierające się na jednym ramieniu. Zmotałam, wysłałam i …. dostałam zdjęcie moich motanek na tle pięknej szafy… och! I tu pozazdrościłam obcowania z szafą ☺

Nierozłączki

każdy widzi samego siebie inaczej

W pokoju nr 9 jest słabe światło. Oszczędności? Nieudolna próba stworzenia intymności? Goście hotelowi nie potrzebują światła, bo jedynie wracają do hotelu na nocleg? Nie wiem, ale nie lubię półmroku, jeśli go nie potrzebuję.

Łazienka – w nikłym świetle i w przyciemnianym lustrze powinno się wyglądać lepiej. Zerknęłam.

Znowu jestem starsza, niż byłam wczoraj. Nawet wyglądam bardziej staro, niż powinnam– powiedziałam do swojego lustrzanego odbicia. Zdjęłam soczewki, umyłam twarz. Zerknęłam raz jeszcze.

To jest chyba wynik strachu. Wydaje mi się, że odziedziczyłam go po mamie. Pamiętam, jak ona w wieku 40 lat stała przed lustrem i narzekała na pojawiające się siwe włosy. Bała się starości. W wieku czterdziestu lat… zawsze myślałam, że to śmieszne. Mama jest piękną kobietą.

Mam niewiele więcej. Starzeję się, jak każdy. Tylko, że ja, teraz właśnie, chciałabym być ładna. Teraz. Kiedyś mi na tym nie zależało. Teraz mi się odmieniło. I teraz to ja staję przed lustrem w obawie, że zobaczę się w nim starsza, niż w rzeczywistości jestem. I tak się dzieje – wczoraj wydawało mi się, że jestem osiemdziesięciolatką. Zaraz potem przypomniała mi się babcia, która w wielu osiemdziesięciu lat nadal miała piękną cerę. Narzekała jedynie na pojawiające się plamy na dłoniach. Zawsze myślałam, że to śmieszne….

A dzisiaj nie jest mi do śmiechu…

Odkąd go poznałam mam wrażenie, że czas nie jest niczym wymiernym, stałym, nie obdarza nas tymi samymi minutami. Wydaje mi się, że starzeję się szybciej, niż powinnam. Na szczęście to uczucie trwa kilka sekund, ale pojawia się znienacka, równocześnie z myślą o nim…bo wydaje mi się, że on młodnieje.

Jest młody, gdy się śmieje lub gdy opowiada, że w złości trzasnął drzwiami. Jest pełen energii na targu, gdy kupuje jabłka i na spacerze wśród kałuż. Nie skarży się, że wieje i pada – narzeka jedynie, że ta pierzasta chmurka kojarzy mu się z pierzyną, pod którą by się teraz wsunął. I śmieje się w głos.

Ja się starzeję, a on młodnieje w tym samym czasie” – przeszło mi przez myśl. I już widziałam błysk w oku, że oto ja mogę stworzyć coś, czego nie stworzył nikt wcześniej, kiedy to okazało się, że F. Scott Fitzgerald napisał o człowieku, który przychodzi na świat jako osiemdziesięciolatek i stopniowo młodnieje…. już dawno temu…

…i znowu nie mam tematu na książkę.

Herbata

Na opakowaniu herbat przeczytałam:

Lipton

43% Polaków odczuwa samotność przy braku prawdziwych relacji, ale aż 82% twierdzi, że spotkanie przy herbacie pozwala zwalczać poczucie samotności!

Podobno wystarczy porozmawiać z kimś przez co najmniej kwadrans dziennie, aby tworzyć autentyczne relacje i żyć szczęśliwiej!

I rzeczywiście coś w tym jest. On pije zieloną herbatę, ja zazwyczaj jeszcze kawę. Kończymy dzień pracy rozmową. Opowiadamy sobie o tym, jak minął nasz dzień, często się śmiejemy, po prostu jesteśmy dla siebie w tym czasie.

Taki kwadrans, kiedy nie trzeba nic, wystarczy być- jest dobrym czasem.

Ziarnuszka

Lalki motanki… Lubię je. Mają w sobie coś, czego do końca nie mogę przekazać. Może to radość z tworzenia, a może podążanie za marzeniami, a może to ich prostota, albo powrót do dzieciństwa? – pomyślałam. Ale tworzenie ich nie jest takie proste. Kiedy tworzy się lalkę w jakimś celu, dużo się o niej myśli. Jaki materiał, dlaczego nie ten, co z kolorem, itd… lalki są wybredne.

Dostałam trzy zgłoszenia na motanki. Żeby lalka spełniła życzenie – to życzenie musi być zwerbalizowane. Słowiańskie lalki są różne, każda z nich ma pomóc w spełnieniu różnorakich życzeń. W zeszłym roku zrobiłam lalkę zwaną zadanicą – miała spełnić jedno, konkretne życzenie. Wysłałam w świat i trzymałam kciuki, by życzenie się spełniło. Ależ byłam podekscytowana 🙂

Tym razem życzenia były nieco inne. Musiałam „podszkolić” się z tworzenia słowiańskich lalek i tym sposobem zrobiłam pierwszy raz w życiu ziarnuszkę. Jedną, potem drugą (drugą dałam teściowej, jak jej się polepszy, to może zostawi mnie w spokoju 🙂 ). Lalki tworzyłam z młodszym synem – ten zrobił sobie chłopczyka. Starszy syn poprosił o ziarnuszkę dla siebie.

Ziarnuszka

Tworząc lalki zdałam sobie sprawę z tego, jaka jestem niespójna. Z jednej strony kobieta czynu, która podejmuje się wielu zadań w pracy, wybiera w butiku biznesowe sukienki i buty na obcasie. Z drugiej strony kobieta bujająca w obłokach. Tu kwiatek, tam motylek, a do tego ludowe zwyczaje, luźne sukienki i chodzenie boso…

A dziś na przykład jeździłam pół dnia z taczką i z łopatą. Wsadzałam, wykopywałam. Przesadzam wrotycz, zastanawiałam się nad przeprowadzką podbiału. I wszystko w tajemnicy przed mężem- bo żadna normalna kobieta nie znosi do ogrodu chwastów… ale ja tak je lubię…

Hotel Bristol

Hotel Bristol puszczał do mnie oko podczas pobytu w Warszawie. Wieczorem, usiadłam na ulicznej ławce i wpatrywałam się w światło hotelowych okien. Wyobrażałam sobie ludzi, sytuacje, zapach, kwiaty we wnętrzach- coś, jak z filmu „O Północy w Paryżu”. Myśli nastrajały mnie pogodnie.

Potem zastanowiło mnie to, dlaczego nie wyobraziłam sobie siebie tam choćby przez chwilę. Dlaczego, choć budynek miał w sobie coś kuszącego- nie chciałam podejść bliżej?

Siedziałam po przeciwnej stronie ulicy i uśmiechałam się do własnych myśli. Za mała na to, by pomyśleć o tym, że mogę wejść do kawiarni na ciastko.