przyjemność

Zazwyczaj moja ostatnia poczta obfituje w koperty oklejone znaczkiem:

Z uwagi na to, iż pracuję w firmie z kapitałem niemieckim…

ale nie o tym, nie o tym…

Oglądając dzisiejszą pocztówkę, z bardzo bliska, oniemiałam stwierdzając, że była ostemplowana najprawdziwszym, japońskim znaczkiem 🙂

https://wczorajszefotografie.wordpress.com/

Początkowo wprawiło mnie to trochę w zdziwienie. Jak to możliwe, że poczta dostarczyła do mnie pocztówkę oklejoną znaczkiem opłaconym nie w polskiej walucie? Przesunęłam palcem po znaczku – prawdziwy, ostemplowany…. hmmm… ale… ale – a gdzie mój adres? Skąd wiedzieli, że to pocztówka do mnie? . Okazało się, że na odwrocie było już prawidłowo 🙂 I właściwy znaczek, i adres, i wiadomość.

Haiku- domyślam się, że nieprzypadkowo kartka „przebyła” taką drogę!

Bardzo dziękuję za zaproszenie! Dziękuję za niespodziankę!

Krzysztof! Gratuluję pomysłu. W tych czasach nie jest tak łatwo zaskoczyć, wzbudzić ciekawość i zapaść w pamięć wysyłając pocztówkowe zaproszenie Pocztą Polską! Teraz jeszcze bardziej rozumiem Twojego wydawcę :))) Domyślam się, że wierni Czytelnicy nie mogą się już doczekać „Pocztówek z bardzo bliska” Twojego autorstwa!

To była prawdziwa przyjemność dzisiejszego dnia! Jestem rozpromieniona 🙂

Na wpół do namiętnie

Maurycy Gomulicki w Przekroju:

Umówimy się na wpół do namiętnie czy za kwadrans do szaleństwa?
Obrazek ze strony Przekroju

Pod tak postawionym pytaniem autor opowiadał, jak to książeczka z rysunkami Raymonda Peyneta była dla niego okienkiem, przez które mógł podziwiać delikatnie zabarwiony nutką erotyczną świat miłosnych perypetii.

Ja natomiast w wieku nastoletnim wertowałam kipiące erotyzmem pocztówki z rysunkami Mai Berezowskiej… szalenie podobała mi się ta kreska i przekaz…

Rys. Maja Berezowska

Nie wiem, jak to się stało, że Peyneta poznałam dopiero teraz… ale chyba się zakochałam…

Tu

Wyobrażałam nas sobie w tym hotelu. Mówiłam, że pokój nie ma znaczenia. Potem wyobrażałam nas sobie nad morzem, choć chatka w górach i ogień w kominku z czasem stawał się przyjemniejszą alternatywą. Noc w pokoju 404 wydawała się być idealna.

Dziś wróciłam do marzeń, gdzie najważniejszą rolę pełni bliskość.

Mam zimne stopy i dreszcze, ale nadal rozkoszuję się smakiem czekolady.

Zapukaj do pokoju 112 i zostań do rana. Chciałabym Cię wykorzystać.

Wyjechała…

Salmiakowa wyjechała w momencie, kiedy pogoda nad polskim morzem zaczęła się psuć. Kto by wytrzymał ciepłe, słoneczne dni z okna pokoju 404?! Kto by wytrzymał takie godziny na gorącym piasku na plaży? Jak tylko przestało padać, Pani Salmiakowa pospiesznie spakowała swoją walizeczkę i ruszyła do domu.

W walizce, jak wiadomo, Pani Salmiakowa ma rzeczy wiele. Tym razem jednak poszło coś nie tak… nie wiadomo, czy zawinił system pakowania, czy też kara niebios spowodowała dramat…

Zmywacz do paznokci wyciekł na firmową pieczątkę, która rozpuszczając się wtopiła się i zespoliła na amen z czarnym sweterkiem i różowym stanikiem, który to raczył jednocześnie zafarbować sukienkę w róże… Pani Salmiakowa złapała się za głowę podczas rozpakowywania. I kiedy myślała, że to koniec strat- dostrzegła swoją ulubioną kremową koszulkę ze stanikiem popisaną czarnym długopisem… sam długopis nawiał, bo go Salmiakowa nie znalazła…

Za to znalazła Salmiakowa w sieci taki film:

Śniadanie w pokoju

Starszy Wajchowy zapytał, czy te wszystkie słodkości są w moim pokoju. Dlaczego nie? – pomyślałam. Poszperałam w informatorze hotelowym i znalazłam:

„Cena za dostarczenie śniadania z uśmiechem do pokoju wynosi 10 PLN.”- nie dość, że na mojej twarzy pojawiłby się uśmiech na widok wózka pchanego przez uśmiechniętego dostarczyciela śniadania, to jeszcze przez dłuższy czas uśmiechałabym się do samego stolika ze smakołykami…

Ale zaraz, zaraz- czy ten uśmiech u dostarczyciela byłby widzialny czy jedynie słyszalny? Bo przecież w obecnej sytuacji w przestrzeni publicznej należy nosić maseczkę. A ja, czy będąc jeszcze w łóżku powinnam założyć maseczkę, czy jedynie powinnam zachować dystans społeczny?

Dodatkowo przeczytałam na stronie, iż uprasza się o przyjmowanie gości spoza hotelu… To miłe. Jak tylko przestanie lać, zawołam z balkonu- może znajdę kogoś, kto będzie chciał zjeść ze mną to śniadanie. W towarzystwie lepiej smakuje.

Z realizuję dwa punkty za jednym zamachem 🙂 A jak już wiecie, lubię korzystać z dodatkowych usług…

Przepraszam za jakość zdjęć…

A co będziemy robić po śniadaniu? To, co dziś – zrobimy sobie chrupkowe zwierzątka ☺

Koziołek

Pokój 404

Hotel. Weszłam i poczułam się zawiedziona. Nie zawinił hotel, a ludzie. Ale oceniany jest obiekt.

Recepcja. Długa procedura rejestrowa. Kiedy przerwałam pani monolog, musiała wrócić, by od początku wyrecytować regułkę.

Ale ale… zaraz potem spotkała mnie taka niespodzianka:

Barek dla osłody

Więc odłożyłam zamiar trzymania diety do następnego poniedziałku.

Tradycyjnie chciałam zadzwonić na recepcję i zapytać o usługę dodatkową. Zamiast tego włączyłam telewizor… jakie było moje zaskoczenie, kiedy dostrzegłam usługę „Prasa”!

Bezpłatna prasa

Powiem Wam… miodzio! Prasa w kilku językach… do wyboru, do koloru… niemalże idealnie. Problem w tym, że trzeba utrzymać połączenie Wi-fi by móc surfować po tytułach publikacji, a połączenie czasem odbiera przyjemność czytania…

Łóżko wygodne… więc (jak to mówi Lucia) dobranoc się z Państwem…

…jeszcze tylko zęby umyję…

Zegary i obrazy

Tamtej starszej pani rozsypały się w drodze do domu pomarańcze. Podbiegłam, pozbierałam, pomogłam zanieść do domu. Pamiętam, że się bała. Może tego, że będzie musiała podzielić się pomarańczami, a może tego, że będę wiedziała, gdzie mieszka… To było dwadzieścia lat temu…

Tym razem dostrzegłam starszą panią z dwiema torbami podróżnymi. Szła od strony dworca mijana przez podróżnych, którzy właśnie wysypali się z pociągu. Zwolniłam. Coś mnie zaniepokoiło. Przeszłam na drugą stronę ulicy i zapytałam, czy ktoś przyjdzie odebrać ją z pociągu. Kiedy usłyszałam, że nie – chwyciłam za jej torbę. Znowu za szybko. Przekonałam ją jednak, że idę w tym samym kierunku i donikąd mi się nie spieszy.

Starsza pani miała zamiar wraz z mężem wybrać się na parę dni do córki. Tuż przed dworcem, starszy pan upadł, stracił przytomność i z rozbitą głową został zabrany do szpitala.

Szłyśmy powoli. W luźnej, spokojnej rozmowie podpytywałam, czy starszy pan ma przy sobie telefon, czy córka wie, iż nie przyjadą. Przystawałyśmy, by odpocząć. Pomyślałam, że to odchodzące pokolenie ma jakąś taką zdolność szybkiej oceny sytuacji. Starsza pani opanowała emocje, wyrównała oddech, zaplanowała kolejne kroki.

– Jak pani ma na imię? -zapytała mnie, a słysząc odpowiedź powiedziała „ładnie” i zrobiła to w tak szczególny sposób, że i ja się na chwilę zatrzymałam. „Ja mam na imię Helena” – powiedziała, a ja poczułam, że wymieniając swoje imiona nawiązałyśmy więź. Dosłownie.

– Mówią, że pewne osoby spotyka się na swojej drodze nieprzypadkowo. – powiedziała po chwili. W pierwszym momencie pomyślalam, że przesadza. Potem pomyślałam, że coś mnie jednak pchnęło do tego, by przejść na drugą stronę ulicy i zaproponować pomoc. Mogłabym się spierać, czy to ja stanęłam na jej drodze, czy ona na mojej…

A pod koniec drogi powiedziała ” Wie pani, wczoraj spadł nam ze ściany zegar. Jak się było młodszym, to się na takie rzeczy nie zwracało uwagi. Teraz jest inaczej.”

Pominęłam milczeniem. Kiedy zmarła moja babcia Helena, zegar zatrzymał swoje wskazówki.

Zegar, czas, śmierć…

I ten zegar tyka w mojej głowie. Zapytałam Google o spadające zegary, przestające tykać… zegary i obrazy wymierzają czas… Dziwna historia…nieprawdaż?

Fabienne

Nie lubię rozstawać się ze swoimi własnościami. Musiałam oddać Fabiana w inne, dobre ręce. Teraz powinnam zaprzyjaźniać się z Fabienne.

Niby zaiskrzyło przy pierwszym spotkaniu na parkingu. Wypatrzyłam ją pośród kilkudziesięciu innych aut.

Ten biżuteryjny napis zamiast znaczka…ładnie. Jest delikatniejsza, lżejsza, podpowiada i przypomina – na przykład dziś dostrzegłam przypomnienie na wyświetlaczu, bym zabrała ze sobą telefon. Miło z jej strony…

Ale dochodzi między nami do zgrzytów. Bo ona, jak to kobieta chce, by było tak, jak ona chce, bo tak jest lepiej. Więc albo szybko macha wycieraczkami, albo na złość za wolno. Albo każe mi zmieniać biegi, by nie zasnąć za kierownicą, albo odmawia posłuszeństwa. Jak się jej nie słucham- gaśnie bez słowa. Wycisza mi radio, kiedy dzwoni mój telefon, bo teraz telefon jest ważniejszy. Jakaś taka grymaśna- za to mojego męża uwodzi…

A Fabian…przejechał ze mną 86000. Nie grymasił, nie zależało mu na zmianie biegów. Lubił zwiedzać zakłady wulkanizacyjne, raz poprosił o dolewkę oleju i o nabicie klimatyzacji. Poza tym dobrze nam było razem. Tęsknię…

Ps. Czy to prawda, że jak kupię laptop, to dostanę zeszyt z Zenkiem? Czy może powinnam przerzucić się wieczorem z herbaty na mleko?

Ps.2. Marszałek Teplecki mnie dziś rozbawił…

Ps.3. Nadeszła jesień. Nie żartuję.

Próba wysiłkowa

Zanim udałam się do kardiologa podpytałam kolegę o to co i jak.

– Nie jest łatwo, powiem ci. Bieznia, kilka prędkości. Zaczynasz wolno i spokojnie, ale potem zaczyna się zabawa. Przygotuj się, nie jest łatwo, biegnie się pod górę.

Zabrałam ciuchy sportowe. Buty do biegania, obcisłe spodenki, jaskrawa różowa bluzka. Mokre chusteczki, chusteczki higieniczne, żel antybakteryjny, maseczka, rękawiczki, woda mineralna…

Pan doktor czekał. Weszłam. Przywitałam się, a on zaraz po Dzień dobry powiedział ” proszę zdjąć gòrę”.

Do tego mnie kolega nie przygotował. Chwilę zajęło mi przypomnienie sobie poranka, kiedy to pomiędzy pakowaniem się do wyjazdu, robieniem owsianki dla dzieci, odbieraniem telefonów służbowych ubieram się do wyjścia. Czy ja mam dzisiaj na sobie biustonosz???

Od miesiąca go nie ubieram. W pracy okres urlopowy, potem ja byłam na urlopie, przetestowałem raz czy dwa i nikt nie zauważył jakiejś zmiany. Odetchnęłam z ulgą -mam. Zdjęłam górę, a pan doktor (nawet przystojny) zajął się oklejaniem plastrami z zatrzaskiem moich okolic obojczyków, mostka, żeber, brzucha, boczków. A potem wziął kable i zaczął mnie dopinać do urządzenia, wbijał w zatrzaski kolejno kable przy obojczykach, mostku , żebrach i… zawahał się przez chwilę, bo trzeba było wpiąć się w boczki… A wepnij zatrzask z puchową poduszkę…no nie jest łatwo, głębia bez dna. A potem w okolice pępka… A ja znowu z tym swoim dziwnym wyrazem twarzy, bo nie wiedziałam, czy mam się tłumaczyć i obiecywać, że zacznę ćwiczyć, a może z uśmiechem dodać, że lubię czekoladę… Postanowiłam nic nie mówić i udać, że właściwie miękkość w tych partiach ciała kobiety to rzecz naturalna…

Poziom pierwszy. Idę. Matko, jak wolno, a ja się męczę. Idę, nudy, katastrofa. Denerwuje mnie to ślimacze tempo. Czuję, że ciśnienie mi rośnie. Na ekranie pojawiły się dwie kolorowe kreski. Niedobrze. A może to lepsze niż bieganie? Nie lubię biegać. Od razu chwyta mnie kolka. Buty do biegania kupił mi mąż, choć wie, że nigdy nie biegałam i biegać nie będę. Głowa mnie boli od biegania.

Poziom drugi. Znaczne przyspieszenie. Maszeruję sobie. No, w końcu jakieś normalne tempo. Pan doktor siedzi bokiem i do mnie i do monitora. Prawie, jak anestezjolog podczas gdy rodziłam. Anestezjolog spojrzał tylko pomiędzy moje nogi, kiedy na świat wychodził syn i powiedział, że jak będę starsza, to urodzę córkę. Już byłam stara i umierałam na tym stole operacyjnym, a moje unieruchomienie uniemożliwiało mi jakąkolwiek komunikację z anestezjologiem, a tak bardzo chciałam, by spojrzał w końcu na monitor i zaczął mnie ratować zamiast gaworzyć z personelem. Przeżyłam. Kardiolog skończył czat i włączył kolejny bieg.

Poziom trzeci. Szybko. Dokładnie tak szybko, kiedy idę w towarzystwie mojego syna jadącego na elektrycznej hulajnodze. Fajnie. Oddycham. Przez okno, do pomieszczenia, wdziera się lipa. Ciekawe, czy pełni funkcję parawanu, osłania przed kurzem ulicznym, czy może relaksuje tych, co na wysiłkowym się męczą. Mnie na pierwszym biegu ta zieleń nie uspokajała. Teraz ta zieleń strasznie mi się podoba. W ogóle podoba mi się ta bieżnia, chyba sobie taką kupię, tylko gdzie ja ją wstawię… Kupię i będę chodzić na trzecim biegu.

– Kończymy proszę pani. Nie wiem, po co pani do mnie przyszła. Kondycja dobra i nie rozumiem dlaczego pani narzeka. Proszę się poodklejać.

Poodklejałam się i wyszłam w podskokach.

Pokój nr 11

Polubiłam. Duże łóżko. Funkcjonalna łazienka. Dwie małe butelki wody mineralnej.

Drugi komplet pościeli wraz z kompletem ręczników odkładam na szafę. Pewnie jednocześnie ścieram kurze…

Za ścianą mężczyzna chrząknął na przywitanie. Jest sam. Szybko poszedł spać. Poza tym w hotelu panuje cisza…

Nie prosiłam dziś ani o ocieplacza, ani o przytulacza- za gorąco. Zapytałam o rybki.

– Nie ma rybek. Niestety zostały otrute- powiedziała pani na recepcji.

– Jak to otrute? – zapytałam nie kryjąc zdziwienia.

– Sprawdziliśmy na monitoringu, po tym, jak któryś z gości zauważył i zgłosił nam, że coś musiało się niedobrego wydarzyć. Kamery zarejestrowały kobietę, która wsypywała coś do akwarium. To ona otruła rybki.

Ciekawe, jakie tajemnice powierzyła rybce trucicielka…- pomyślałam, na chwilę posmutniałam, ale potem zapytałam- A z jakiej usługi mogłabym skorzystać dziś wieczór?

– Dziś w promocji jest usługa opowiadania bajki na dobranoc. Przez telefon. O której zadzwonić?- uśmiechnęła się do mnie pani z recepcji.

Jej uśmiech mnie skusił… Wybrałam opowieść o Gęboludzie- spotka on na swojej drodze małą dziewczynkę, która wyzwala w nim dobro, potrzebę miłości i całkowicie zmienia jego życie. Historia jest o tym, że nie musimy od razu wywracać świata do góry nogami, by realizować marzenia. Czasem wystarczy zrobić tylko mały krok…

Fajnie jest być czasem małą dziewczynką…

PS. Ostatnio w ucho wpada mi głos Justyny Święs

Czerwona sukienka tu do posłuchania w jej wykonaniu. Bo wcześniej wykonywał ten utwór on- Fisz, ale wolę jej interpretację…

Spotkania

Czarna gwiazda Yves Saint Laurenta. Rebecca Ayoko

To, co w życiu prowadzi nas ku przeznaczeniu, to spotkania. Jedne powodują, że coś w nas pęka, inne wynoszą nas na sam szczyt. (…) Powtórzę za François Mauriakiem: „Zasługujemy na wszystkie spotkania. Każde z nich przydzielone jest naszemu przeznaczeniu.”

Nie wiem, gdzie nakreślić linię czasu która może oznaczać początek Tego Spotkania.

Jest. To takie miłe uczucie.

Bardzo cenię sobie wszystkie spotkania. Na szczęście tych przykrych miałam w życiu niewiele.

Po

Pani Salmiakowa wróciła z urlopu. Była trochę w pagórkach, w gościnie, nad morzem…

Jeździła, zwiedzała, smakowała…

Opalała się i moczyła… Tworzyła budowle z piachu, plecionki z korzeni sosny, świeczniki z puszek…

I Pani Salmiakowa doszła do wniosku że powinna napisać ogłoszenie tej treści:

Poznam Pana z chatką nad morzem.

Co do listów do Pana P- podobno odpisuje.

Kilka letnich dni…