Wietrzne opady pogody ducha

Strasznie denerwujące są zmiany nastroju, myśli czy jest dobrze, czy jednak nie mam złudzeń…

Odstawiłam tabletki- bo covid, bo nic się nie działo, bo pamięć szwankowała, a zmęczenie spowalniało bieg wydarzeń.

To już jakieś trzy tygodnie. Czas się nie cofnął, młodsza nie będę, weekend przed nami, a od poniedziałku może będzie normalnie.

będzie dobrze.

ochłodzenie

Zaczęło padać, więc ubrałam grubszą (bardziej chroniąca przed opadami) kurtkę. Mam obraną ścieżkę, która ma długość 6 kilometrów. Dziś było na niej pusto. Tym razem szłam niezbyt szybko. Z całego spaceru pamiętam jedynie błotnistą dróżkę, którą podążałam, bo schowana pod kapturem patrzyłam pod nogi. W uszach miałam słuchawki, bo chciałam oderwać się od własnych myśli. Niestety nawet w Pocketsize Waterfall słyszałam pytanie „o co chodzi? co się dzieje?”

Droga, którą podążam, zaczęła mieć dwa tory. Nie wiem, kiedy wkroczyłam na ten równoległy. Niby nic się nie zmieniło, a jednak jest inaczej. Nie czuję się komfortowo. Nie potrafię w pamięci odnaleźć momentu, w którym usłyszałabym zgrzyt lub dostrzegła zmianę. Teraz wiem, że nie byłam czujna. Przespałam moment i znalazłam się w innej rzeczywistości. Myślałam, że jest tak samo. Okazuje się, że jest inaczej.

Kiedyś, idąc tą ścieżką- rozmyślałam, że mogłabym iść do niego na ciasto drożdżowe i herbatę z sokiem malinowym. Niesiona, jak na skrzydłach, wpadnę na jego ganek, zapukam w drzwi, a on zobaczy mnie rozpromienioną i zaprosi do środka.

Pod koniec drogi byłam przeraźliwe zmarznięta. Nie byłabym w stanie napisać SMS z wiadomością, że jestem w drodze.

Dziś stanęłabym w progu jego domu przemoknięta i zmarznięta. A on ze smutkiem pewnie powiedziałby, że nie piecze już drożdżowego ciasta i właśnie skończył się malinowy sok…

Gdybym mogła cofnąć czas, to do którego momentu?

Jestem z Polski

Jestem z Polski i nic tego nie zmieni – do tej pory twardo byłam o tym przekonana. Nie chodziło mi jednak o to, gdzie jest moje serce – ale gdzie buduję dom, żyję, pracuję, wychowuję dzieci…

Bardzo lubię naszą tradycję, kulturę, ludzi, przyrodę. Wracając z podróży zagranicznych odczuwałam zawsze szczęście przekraczając polską granicę. Nie umiałam powiedzieć dlaczego. Polska zawsze mi się podobała. Inaczej odbierała to moja siostra, która wyjechała z kraju i wątpię, by cokolwiek, kiedykolwiek skłoniło ją do powrotu…

Ostatni okres, jakość życia, polityka, kultura, wszystko to, czym żyły media sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, gdzie chciałabym mieszkać i czy Polska jest tym miejscem, w którym chcę żyć. Do głowy cisną się pytania bez odpowiedzi. Oczywiście nie ma jasnych rozwiązań, ale zauważyłam, że często myślę o tym, że miejsce, w którym jestem nie jest miejscem, w którym jest mi dobrze.

Podglądam od czasu do czasu program Jestem z Polski. Program opowiada o codzienności Polaków mieszkających w innych krajach. Wiem, że są to wybrane jednostki, którym w jakimś sensie się udało, które mają za granicą coś do powiedzenia – dlatego mogą się pochwalić tym, jak żyją i pokazują plusy życia za granicą. Często zazdroszczę im tego, że mają czas dla siebie, mają możliwości spędzania tego czasu w sposób, jaki lubią.

A może to jest tak, że lepiej jest tam, gdzie nas nie ma?

Zaginieni

Kiedyś słuchałam rozmów z osobami pracującymi w Fundacji ITAKA o osobach, które zaginęły, odnalazły się lub zostały odnalezione.

Czasem okazywało się, że „zaginienie” było jedynie ucieczką i rozpoczęciem nowego życia. Często jednak to trauma osoby, która straciła dom i tragedia osoby, która straciła kogoś z rodziny.

Jakiś czas temu wpadła mi pozycja czytana przez Krzysztofa Tyńca- „Mężczyzna, który zapomniał o swojej żonie” John O’Farrell. Tu akurat można się pośmiać i pomyśleć nad relacjami. ..

Ale ostatnio rozczula mnie kampania fundacj- poniżej. I zawsze zastanawiam się, co napisałabym w liście kierowanym do swojej siostry. Obym nigdy nie musiała.

Dżem

Ostatnia moja wizyta w hotelu nie należała do przyjemnych. Jakość świadczonych usług pozostawiała wiele do życzenia. Przykręcono ogrzewanie, temperatura wody pod prysznicem była dla mnie nie do przyjęcia, sala restauracyjna nie była uprzątnięta, na śniadanie zaserwowano minimum. W takich okolicznościach nic nie sprawiało jakiejkolwiek przyjemności. Przykra była nawet reakcja w recepcji, kiedy poskarżyłam się na panujące warunki. Chciałam napisać skargę do managera, ale przecież zaczynał się okres świąt…

Przypomniał mi się hotel, w którym byłam latem. Pięknie położony, z przestronnymi wnętrzami. W łazience dostępne były kosmetyki, których linia zapachowa skradła moje serce- nuty cytrusowe z kwiatowym akcentem, do tego ciepłe drzewno-piżmowe aromaty. Zazwyczaj nie korzystam z hotelowych kosmetyków, wolę swoje. Te jednak, zgodnie z zamierzeniem producenta, wprawiały mnie w dobry nastrój i przywracały energię… czułam się pięknie…

Pełna pozytywnych myśli schodziłam na przepyszne śniadanie. Czego tam nie było?! Spędzałam na nim ponad godzinę obserwując innych gości hotelowych. Ze zdziwieniem odkryłam, że mało kto jest zadowolony. Nie było przy stolikach osób wymieniających się uśmiechem, przyjaznym spojrzeniem, nie zauważyłam romantycznego trzymania się za dłonie… Nie mogłam tego zrozumieć…

Widziałam utworzony między parami mur, zmęczenie rodziców obecnością dzieci, zagubienie osób starszych i… słoik dżemu – przyniosła go ze sobą kobieta o posturze modelki…

Ten słoik pamiętam najbardziej.

Inaczej

Czas mi bez Ciebie płynie inaczej. Chciałabym powiedzieć, że źle.

Jem pyszny sernik z malinami, popijam kawą. Chodzę wieczorami po ulicach i obserwuję, jak płatki śniegu wirują w świetle latarń miejskich. U progu nocy siedzę z kieliszkiem wina- jakby wino miało pomóc mi zasnąć i śnić. Uśmiecham się.

Wydaje mi się, że ostatni raz byliśmy ze sobą jesienią. Trzymam w dłoni kasztany, zostawiłam ostatni pierniczek. Pomiędzy kartkami encyklopedii schowałam ususzony liść akacji, który zawsze coś wróży : „kocha, nie kocha; lubi, szanuje; nie chce, nie dba, żartuje. W myśli, w mowie, w sercu, na ślubnym kobiercu. Kocha…”

Kasztany mają już pomarszczone skórki, straciły blask. Liść utracił kolory, zbladł. Biały śnieg i kolorowe, świąteczne światła rozgrzewają serce, które jednak bije cicho, choć miarowo. Czeka.

Na wspólny spacer, ciepło Twojej dłoni, wyszeptanie słów, których się nie zapomina. Na namalowane serce na masce jakiegoś zaparkowanego auta lub rzut śnieżką, by pokazać, że czas nie ma tu wielkiego znaczenia. Zatacza pętlę.

My jesteśmy.

Zdjęcie

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie rozsyłam własnych zdjęć, nie publikuję, nawet sobie ich wiele nie robię. Nie mam ich też w telefonie męża- całe szczęście, bo ten naciska migawkę zamykając oczy- w efekcie jestem w trakcie mówienia albo z odciętą głową. Mąż zatem ma zakaz fotografowanua.

Mam w swoim zbiorze kilka zdjęć, które w ramach potrzeby są wysyłane. Bo udało mi się złapać tęczę, jestem uskrzydlona lub wchodzę do stacji NASA.

Lubię wysyłać zdjęcia tego, co widzę. Zdjęcia często bez znaczenia- dokumentujące tu i teraz. Właśnie przypomniałam sobie, jak pewnego razu postanowiłam uwiecznić na zdjęciu puchar.

Złoto najdostojniej wygląda na tle czarnej tafli telewizora- pomyślałam budząc się rano w hotelowym pokoju. Pstryk i zrobione, enter jedynie mnie dzielił od tego, by rozesłać przez apkę zdjęcie do kolegów.

Zdjęcia mają często bohatera drugiego planu. Sprawdziłam i!- w tafli telewizora można było też dostrzec mnie, i…nie wiem, czy nie byłaby to większa sensacja..

Więc rozsyłam zdjęcia z umiarem…

Zima!

Jest taka reklama (widziałam w tv), która mówi o tym, że śniegiem w Szczecinie można się cieszyć przez 6 dni w roku.

Tegoroczny śnieg nie pojawił się jednak w całym Szczecinie. Niektóre dzielnice zostały pominięte…

Zrzut z ekranu…

Wczoraj było pięknie: płatki śniegu przysypały nierówne chodniki, przykryły brudne okolice. Zrobiło się czyściej, jaśniej i bajkowo.

W mieście pojawiły się bałwanki – stoją na skrzynkach przyłączeniowych, na miejskich donicach, tuż za rogiem- jak krasnale we Wrocławiu. Rozbawiają mnie ☺

Zimą, w dniach wolnych od pracy, pani Salmiakowa zazwyczaj wyglądała na stoku narciarskim- odkąd usłyszała, że jeśli nie ma się umiejętności i nie umie się jeździc- należy przynajmniej wyglądać. Więc pani Salmiakowa wygląda tak:

Tu pani Salmiakowa w pikselach Patyków

Dziś Pani Salmiakowa wyruszyła na spacer, by uwiecznić to, co zostało od wczoraj. Niestety- mimo, iż posiada najwyższej klasy biznesowy telefon za niebiańskie pieniądze- to bateria w nim już taka super nie jest. Po wykonaniu kilku zdjęć sprzęt odmówił współpracy.

Droga nad jeziorem

Droga wygląda na pustą, w rzeczywistości panował tam dziś tłok. Rodziny z dziećmi, właściciele psów i społeczność żyjąca aktywnie.

Pomosty

Latem Pani Salmiakowa lubi schować się na pomoście, o ile wejście nie jest zabronione lub uszkodzone. Zimą pomosty sprawiają, że Salmiakowa myśli o lecie.

Posiedzieć tu we dwoje…

Na dowód swojej poświątecznej aktywności Pani Salmiakowa chciała zamieścić zrzut z ekranu, który udokumentowałby 7 km odcinek trasy, ilość km, spalone kcal… ale bateria…😟

W tych trzcinach po drugiej stronie jeziora kiedyś pani Salmiakowa utknęła płynąć żaglówką. ..

Nie udało się uwiecznić poświątecznego morsowania, wierzb kładących się nad ośnieżonym brzegiem. Nie będzie też filmu ze spaceru. Może innym razem. ..

Pierwszy dzień

Pierwszy dzień był jak dzień z filmu Dzień Świstaka. Przy zasłoniętych jeszcze roletach wzięłam plumkający telefon – a tam- moi znajomi dzielili się zdjęciami śniegu przed ich domami!

Śnieg! Spadł śnieg! Co prawda moje miasto odwiedził z lekkim opóźnieniem, ale był!

Jak pięknie się zrobiło! Jak wesoło! Jak czysto! Żałowałam, że nie mogłam zrobić zdjęć dla Was. W telefonie padła bateria…

Mam nadzieję, że Wasz pierwszy dzień nowego roku też sprawił Wam niespodziankę!

2021

Mam poczucie, że mijający rok czegoś nas nauczył…nawet, jeśli nas przykro doświadczył.

Podobnie, jak symptomy wirusa są różne- tak każdy z nas odebrał inną naukę (niektórzy bezobjawowo).

Dostaliśmy prztyczka w nos, solidnego kopniaka lub czas na refleksję… Świat krążył wkoło wirusa. Bond, który ratował świat- tym razem się przed nim schował. Wszystko nie tak… ale może po coś?

Długo się zastanawiałam, czego mogę Wam i sobie życzyć… myśląc o swoim, mijającym roku; o swoich sukcesach i porażkach; o tym co mnie smuciło i zachwycało – pomyślałam, że w tym naszym pędzie często brakuje nam do szczęścia uważności.

Zatem życzę Wam, byście w nowym roku docenili taką umiejętność, jak uważność. Ona potrafi wiele zmienić!

Bądźcie uważni!

Spotkajmy się wszyscy w 2021!

Pełnia Zimnego Księżyca

-Czy dziś jest pełnia? – zostałam zapytana.

-Chyba jutro – odpowiedziałam, a potem się poprawiłam, że dziś w nocy.

Pytanie trochę mnie zaskoczyło, ale zaraz pomyślałam, że przecież dzielę się tu informacjami o pełni, więc dla totalnych laików stałam się Obserwatorką Nieba 🙂

Dziś mamy ostatnią pełnię roku 2020! Podobno pełnie zimowe są najpiękniejsze. Ta dzisiejszo-/jutrzejsza ma nazwę Pełni Księżyca Długiej Nocy, Pełni Zimnego Księżyca lub Dębowej Pełni. Ta Długa Noc działa na moją wyobraźnię (!), ale bardziej do dzisiejszej pełni pasuje mi przydomek Zimny.

Podobno podczas tej pełni plączą się po głowie pytania dotyczące naszej sytuacji rodzinnej i relacji z bliskimi. Mnie jednak, jak zwykle – tylko z większą mocą – dopadają pytania egzystencjonalne pt.: jak czuję się w swoim ciele oraz czy czerpię przyjemność z życia?

Nie znajdę tej nocy odpowiedzi, na zadawane sobie – nie od dziś zresztą – pytania… Nabieram jednak przekonania, że warto coś zmienić. Warto zawalczyć o lepsze dni, bo dni będą teraz coraz dłuższe. Mam wewnętrzną siłę, warto ją wykorzystać.

Najgorsze jest to, że pierwsze, co przychodzi mi na myśl – to rzucenie czekolady. Ale to chyba byłaby katorga, a miało być lepiej…

Kto nie może zobaczyć księżyca za oknem – zapraszam na relację Karola Wójcickiego w Z Głową w Gwiazdach.

Przedwigilijnie

Moi Drodzy,

Opuściłam Was na chwilę, bo czas przyspieszył i obowiązków się namnożyło.

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz z okazji nadchodzącego nowego roku, życzę Wam przede wszystkim zdrowia. Mam nadzieję, że magia świąt dopadła juz każdego z Was. Z kuchni docierają zapachy tradycyjnych potraw, a Mikołaj odpalił już sanie i jutro na czas zjawi się u Was z prezentami.

Nowy rok? Chyba wszyscy trzymamy kciuki i mamy nadzieję, że będzie lepszy, radośniejszy i szczesliwszy. Niech nasze marzenia się spełnią.

Dostałam dziś prezent niespodziankę. Talerzyk Rosenthall z kolekcji Peynet 😍 Musiałam się pochwalić.

Peynet

Ponieważ obiecałam Romanowi nagranie, a przed Wigilią trzeba się wywiązać ze zobowiązań- zamieszczam poniżej wytwór kuchennych rewolucji.

Krzysztof

Ten czas z Krzysztofem Tyńcem był wyjątkowy. Co prawda nie można porównać go do czasu spędzonego z Banderasem, ale powiedzmy sobie szczerze- to już nie te lata i inne pragnienia.

Tyniec, jego głos i sposób poruszania się… Ujmujący mężczyzna, bardzo zmysłowy.

Postanowiliśmy coś zjeść. Zatrzymany przez znajomego wskazał mi restaurację. Weszłam i stojąc w kolejce na krętych schodach, spoglądałam w dół na bar. Do wyboru była pizza, ale też przepyszne ciasta. Co za rozkosz!

Kiedy już dostałam wybrane ciasto i pizzę oraz Karmi porzeczkowe (nie ma takiego) pojawił się obok mnie inny Krzysztof.

I syn, który właśnie w tym momencie mnie obudził…

nic nie wymyślę

Spędziłam w domu trochę czasu. Części z tych dni- trawionych wysoką gorączką i bólem głowy – nie pamiętam. Ponad tydzień ukradło mi silne osłabienie, a kolejne dni strach przed tym, że to się nigdy nie skończy. Emocje z tym związane skłaniały czasem do refleksji, choć najczęściej jednak do snu.

– Czym jest dla mnie praca?- kołatało mi po głowie za każdym razem, kiedy sprawy służbowe odbijały się echem. Pracownicy kontaktowali się w różnych sprawach, a ja nie bardzo wiedziałam, co im odpowiedzieć. Bo i owszem-stan nie był na tyle zły, by rozpaczać, ale też nie był to czas, w którym spokojnie można było wracać do zdrowia. Zamknięta przychodnia, ograniczony kontakt z lekarzem, kontrole policji, telefony z sanepidu, osłabienie, jakaś absurdalność sytuacji oraz co i rusz pojawiające się nowe symptomy choroby, które sprawiały wrażenie, ze to szybko nie minie i nie wiadomo, w jakim kierunku się rozwija. W tym czasie nowa pracownica dostała spory pakiet moich spraw, inny musiał pożegnać się z naszą firmą, kolejny chciał zapytać o samopoczucie, inni na czacie żartowali – a ja byłam pogubiona w emocjach, aspołeczna, mało kontaktowa.

-Ile znaczy dla Ciebie rodzina? – próbowałam i nad tym się zastanowić. Widziałam, ile moja obecność w domu sprawia synom radości. Mniejszy stres podczas lekcji on-line, wsparcie, kiedy coś się zacinało, dodanie odwagi podczas testów, podsunięcie czekoladki, kiedy spadała energia. Niby są już duzi, a jednak ich stres związany ze szkołą, wcale nie jest mniejszy, niż mój przed pracą. Ja wiem, jak to boli. Oni jeszcze mają większą odporność, ale czy nie warto im tego zaoszczędzić, skoro można?

-Jak się dziś czujesz? – pytały naprzemiennie mama i siostra. Dobrze, już lepiej-mówiłam każdego dnia. Odkąd wyjechałam z domu na studia, już tam nie wróciłam. Mieszkamy daleko od siebie. Choroba sprawiała, że nie miałam siły, ani ochoty z nimi rozmawiać. Zwłaszcza z mamą. Nie umiem jej się przyznać, że gorzej się czuję…psychicznie. Bo nie umiem rozmawiać o sobie. W zamian słyszałam „dlaczego nie dzwonisz?” a brzmiało to tak, jak słowa usłyszane chyba przed rokiem „Nie dbasz o nas, córeczko”. Tylko ja wiem, jak bardzo one bolały.

W efekcie gromadziłam w głowie myśli „jesteś złym pracownikiem”, „jesteś złą mamą”, „jesteś złą córką” i słyszalne głosy męża, że całe zło ma swój początek w mojej osobie.

Tym, którzy zastanawiają się nad czasem i relacjami-polecam rozmowę z Mariuszem Wilczyńskim (2:28):

https://tvn24.pl/kultura-i-styl/zlote-lwy-dla-zabij-to-i-wyjedz-z-miasta-mariusz-wilczynski-w-rozmowie-z-piotrem-jaconiem-4775382

Wracam do życia „po”. Mam spore obawy. Z jednej strony mam większą świadomość, że powinnam jakoś te wszystkie problemy rozwiązać. Z drugiej natomiast czuję, że jestem zbyt słaba i nie dam rady wziąć sprawy w swoje ręce. Choć poczyniłam pewne kroki – zmieniłam fryzurę. Nadal jestem blondynką, ale włosy mam znacznie krótsze. Poza tym wiem, że mam Was, a więc nie jestem sama. Myślę, że to dużo na początek.

A może to przez reklamy. Na te „pozbądź się zmarszczek i zbędnych kilogramów”- już nie reaguję, ale te z reklam samochodów niestety czasem do mnie trafiają: